A Ty dlaczego odkładasz macierzyństwo na potem?

Od trzech dni blogosfera żyje filmem “Nie odkładaj macierzyństwa na potem”.
O, tym właśnie, pewnie już widzieliście: 



Oczywiście, kampania być może została zrealizowana kiepsko. Bo w zasadzie dlaczego tam jest tylko kobieta, dlaczego pominięto kompletnie mężczyzn zmagających się z identycznymi dylematami? "Macierzyństwo" to zaledwie połowa tematu, "rodzicielstwo" byłoby chyba bardziej adekwatne. To chyba pierwsze pole nieporozumień, jakie pociągnęła za sobą ta kreacja. Dodatkowo - i nie wiem, czy to plus czy minus - jest dość prosta, minimalistyczna. Dlatego wielu odbiorców swobodnie dopisało do niej swoją własną intepretację, niekoniecznie zgodną z tą założoną przez autorów.

Nie będę pisać banałów o tym, że skoro kampania osiągnęła taki szum, to - analogicznie do Smutnego Autobusu - widocznie taki był cel; szokowanie i kontrowersja często stanowią świadomie wykorzystywany element strategii. Nie wiem, jak było tym razem i nie wiem, jakie efekty uzyska ta kampania. Smutnemu Autobusowi (którego, tak na marginesie, sama kiedyś obrzuciłam błotem i teraz trochę mi głupio) się udało.

Dla mnie przekaz filmu jest jasny: jeśli masz choćby podstawowe warunki do wychowania dziecka i czujesz, że macierzyństwo jest dla ciebie, nie czekaj. Nie czekaj na wybudowanie domu, nie czekaj na Tokio czy Paryż. Nie przedkładaj atrakcji i luksusów nad decyzję o dziecku, bo w wieku czterdziestu lat (tyle musi mieć przecież bohaterka filmu skoro słyszymy, że “nie zdążyła mieć dzieci”) będziesz żałować.

Mam jednak wrażenie, że wiadro pomyj, które zostało wylane przez blogosferę (głównie blogerki przed trzydziestką) na kampanię “macierzyńską”, chlusnęło zupełnie bezrefleksyjnie i bez zrozumienia istoty problemu, grupy docelowej i mechanizmów, które zostały zastosowane.

Moim zdaniem film ma jedynie przestrzec przed ciągłym przekładaniem macierzyństwa na bliżej nieokreślone “potem”; przed szukaniem wymówek (mam za małe mieszkanie, jeszcze za mało zarabiam, nie kupię przecież używanego wózka, itd), przed ślepym pędem za mrzonkami, które tak naprawdę nigdy nie stanowiły i nie będą stanowić dla nas prawdziwej wartości.

Osobiście zmagałam się z takim dylematem. Miałam wizję macierzyństwa w ogromnym, pięknie urządzonym apartamencie. Albo lepiej, domu z ogródkiem - jak ten z filmiku, w którym moje dzieci mogą hasać i pląsać, oczywiście w modnych ubrankach od najlepszych projektantów. Wizję siebie, pięknej, wypoczętej i skoncentrowanej jedynie na sobie przez całą ciążę, chodzącej na ciążowe fitnessy, obowiązkowo w drogich, dopasowanych ciążowych ciuchach. Wyprawka bez oszczędzania, wózek - oczywiście Bugaboo. Najlepsze, najmodniejsze, najdroższe. Wizja wykreowana przez filmy, seriale, reklamy i blogi. Rozejrzyjcie się dookoła - tak media pokazują macierzyństwo. Ugładzone, estetyczne, komfortowe i do bólu konsumpcjonistyczne. To te marzenia, które wcale nie są naszymi marzeniami, blokują nas przed decyzją o rodzicielstwie. To te obrazy, wciskane nam do głowy przy każdej okazji, podczas każdej wizyty w centrum handlowym, każdym włączeniu telewizora czy komputera, zagnieżdżają się gdzieś w podświadomości i krzyczą “to jest prawdziwe życie! Lunche, brunche, eventy, drinki, zakupy, wycieczki i sukcesy, a nie te twoje marne 30m2 w blokowisku, nie te ciuchy z sieciówek, nie wczasy na działce, nie ten banał prostej codzienności, na którą cię na razie stać!”

Ile z nas uznało, że może jednak lepiej zacisnąć zęby, poczekać jeszcze chwilkę, rok, dwa, może pięć, aby móc zapewnić sobie i dziecku realizację tej pięknej wizji? No, śmiało, ręka do góry. Ja pierwsza. Pożegnanie z tym scenariuszem może być równie bolesne, co oczyszczające.

Argumenty, na które powołuje się większość blogów krytykujących kampanię są irracjonalne. Piszecie, że wywołuje presję. Że jak macie rodzić dzieci, skoro praca taka kiepska. Skoro 1300 na śmieciówce. Skoro mieszkanie wynajęte, albo za małe. Skoro partner nie ten. A ja powtarzam: nie jesteście targetem. Nie o tym jest kampania. Nie o Was chodzi.

Jest też druga grupa blogerek - podróżniczki, wolne duchy, wciąż poszukujące swojego miejsca, realizujące się w ruchu, w działaniu, w pędzie, w zmianie. "Karierowiczki", świadomie zdecydowane na poświęcenie życia pracy. Mówiące - dziecko nie dla mnie, nie dam się usadzić, nie ulegnę presji, nie chcę, nie muszę, nie będę mamą, to nie dla mnie. Wy też nie jesteście targetem.

Targetem jestem ja. O dzieciach marzę, zawsze marzyłam, wielokrotnie wspominałam o tym w różnych tekstach tego bloga. Ale jestem też ambitna, cholernie ambitna. I uparta. Jestem też poukładana, uporządkowana - więc dla mnie zawsze na wszystko musi przyjść odpowiednia pora. Aby zacząć jeden projekt, muszę zamknąć poprzedni. Porządek, organizacja, plan. Na domiar złego łatwo ulegam wpływom reklam, taka słabość. I czytam blogi, te wiecie - śliczne, szafiarkowe, wnętrzarskie, parentingowe - z pięknymi zdjęciami, gadżetami, ubrankami, hajlajf do pozazdroszczenia. Wiecie które, też czytacie.

Więc jak zdecydować się na taką rewolucję skoro doktorat rozgrzebany, skoro nie mam jeszcze domku z ogródkiem, ani nawet apartamentu - tylko małe mieszkanie w kamienicy na Bielanach, skoro chciałabym jeszcze do Indii czy na Bali, skoro firma akurat zaczęła się rozwijać w tempie, którego nigdy wcześniej nie przewidywałam, skoro pieniądze trzeba teraz zainwestować w biznes a nie wydawać na stylową wyprawkę… I tak dalej.  

Mówią, że na dziecko nigdy nie ma dobrego momentu. Ba, każdy moment na dziecko jest nieodpowiedni. To cholernie trudna decyzja. Najtrudniejsza w życiu. Każda inna jest mniej lub bardziej odwracalna, łagodniejsza w skutkach, łatwiejsza do zaakceptowania.
Więc kiedy najlepiej? Na studiach - wiadomo, za wcześnie. Tuż po - no jak to tak, świeża absolwentka, bez pracy? Zaraz po ślubie - chcemy się sobą nacieszyć, pożyć. Przed trzydziestką kariera nabiera tempa, żal teraz wysiadać z tego pociągu. Za to po trzydziestce rozpędzona na tyle, że tym bardziej nie można sobie pozwolić na przerwę - za dużo się dzieje, za duża stawka, za duża odpowiedzialność. A przed czterdziestką… No właśnie. O tym jest ta kampania, rozumiecie?

To nie jest kampania o rodzicielstwie za wszelką cenę, o wczesnym macierzyństwie, o zachodzeniu w ciążę na studiach, bez pracy, z byle kim i w wynajętym mieszkaniu. To nie jest kampania o kobietach, które starają się o dziecko od lat, bez skutku. To nie jest kampania o przeciwnościach zewnętrznych i sile wyższej, nie pozwalającej realizować nakładanej na nas społecznie presji macierzyństwa - jak próbują sugerować urażone blogerki i (rzadziej) blogerzy. Nikt nie zmusza nas do podejmowania decyzji pochopnych, na które nie jesteśmy gotowe.

To kampania o rzeczach ważnych i ważniejszych. Rozumiem, że dla każdego z nas rzeczy “ważne” i “ważniejsze”  definiują się inaczej, ale jeśli dla Ciebie spełnienie marzeń podróżniczych czy materialnych (lepsze mieszkanie, lepszy samochód, awans, podwyżka) są tymi “ważniejszymi” - bo zwyczajnie w Twoim pomyśle na życie nigdy nie było miejsca na dziecko to… nie jesteś w targecie kampanii. Bo targetem są - a przynajmniej w moim odczuciu powinny być - te kobiety, które dały się złapać na lep medialnej, komercyjnej wizji macierzyństwa w luksusie, macierzyństwa bez rezygnacji, macierzyństwa prostego i lukrowanego jak w reklamie mleka dla niemowląt. I czekają, aż na spełnienie tej wizji będą mogły sobie pozwolić.

Taka decyzja wymaga poświęcenia. Pracy. Wyborów. Czasem trudnych, niewygodnych, bolesnych. Uwierzcie, wiem o tym dobrze. Wcześnie wyprowadziłam się z domu, żeby zdobyć jako-taką samodzielność, również finansową. Pięć lat życia, dwa kierunki studiów podporządkowane przyszłości i takie zarządzanie swoim czasem, żeby potem realizować plany i marzenia, podróże i pasje. Kiedy inni jeździli na drogie wakacje - ja wydawałam kasę na szkoły językowe, kursy, szkolenia. Kiedy imprezowali - ja pracowałam, uczyłam się, angażowałam w dodatkowe projekty.
Kiedy utknęłam w związku, który okazał się zupełnie nie rokować na przyszłość, zebrałam swoje zabawki i powiedziałam “do widzenia” mężczyźnie, który miał nigdy nie dorosnąć do roli męża i ojca - bo wiedziałam, że przy nim nie zrealizuję marzeń i wartości, którymi sie kieruję. Kiedy - już po ślubie z tym właściwym - doszłam do wniosku, że praca w korporacji nie daje mi ani satysfakcji, ani perspektyw, ani pieniędzy, odeszłam w poszukiwaniu lepszej. A kiedy okazało się, że jednak żadna praca etatowa nie da się pogodzić z doktoratem i rodziną, odeszłam ponownie - z etatu na swoje. Wiedziałam, co jest dla mnie ważne i mniej więcej czułam, co powinnam robić żeby to osiągnąć. Włożyłam w to cholernie dużo wysiłku.  

Więc kiedy czytam, że kampania taka krzywdząca bo uderza w kobiety, które chciałyby mieć dzieci ale praca czy partner bez perspektyw im nie pozwalają, robię się zła. Bo raz - to nie do nich jest skierowany spot, a dwa - kto im broni ogarnąć swoje życie i pokierować nim tak, jak chcą? Mam ochotę wściekle krzyczeć: “halo, ogarnijcie się! To Wasze życie! Weźcie się w garść zamiast narzekać!” Ale i tak mnie nie usłyszą, zacietrzewione walką z wyimaginowanym wrogiem - autorami kampanii, złym państwem, presją społeczną i czym tam jeszcze.

Więc powtarzam: ten spot nie do Was, wolne duchy i podróżniczki. Nie do Was, zadeklarowane singielki. Nie do Was, nieporadne jeszcze zawodowo i życiowo, świeże absolwentki. Nie do Was, ambitne i zdolne wojowniczki, które świadomie zdecydowałyście się poświęcić całe życie karierze. Nie bierzcie tej kampanii do siebie. Róbcie swoje, jeśli taki jest Wasz wybór, jeśli właśnie taka droga daje Wam szczęście. Nie musicie tłumaczyć się przed nikim ze swoich decyzji.

Chyba, że kampania poruszyła te schowane głęboko, spychane, za wszelką cenę nieuświadamiane lęki i pragnienia. I... z tym Was zostawię, dobrze?

 
comments powered by Disqus