Bridezilla nadchodzi!

Smarkulą będąc nie zaprzątałam sobie głowy ślubami, sukienkami czy innymi romantycznymi bzdetkami. Wolałam bawić się w szpital (ulubiony oddział - urazówka, wszystkie lalki miały wymalowane długopisem szwy i blizny), czytać ilustrowane książeczki o kosmosie i promieniotwórczości (tak właśnie...) a zapytana o wymarzone miejsce pracy w przyszłości z całą powagą odpowiadałam, że oczyszczalnia ścieków.
Nawet później, w epoce szkolnych miłości nie wykazywałam jakiegoś specjalnego zainteresowania ślubnymi tematami. Koleżanki opowiadały o swoich wyśnionych weselach, ja wolałam koncentrować się na sprawach chwilowo bardziej osiągalnych.

A potem, pod koniec studiów, potoczyło się wzorcowo. TEN mężczyzna, TEN pierścionek i… kompletnie mi odbiło. Stałam się klasyczną bridezillą.
Ślub, wesele, suknie, buty, treny, welony, bukiety i torty - moje życie wskoczyło na zupełnie inne tory. Co śmieszniejsze, był to również rok intensywnej pracy nad firmą i doktoratem więc sama nie wiem, jak udało mi się pogodzić to wszystko; z pewnością działałam na weselnym haju.

W szale przygotowań przyrzekliśmy sobie z przyszłym mężem trzy rzeczy: raz - zorganizujemy wszystko sami, z własnych pieniędzy i bez obciążania wydatkami rodziców; dwa - nie damy się dymać sztucznie windującemu ceny przemysłowi ślubnemu oraz trzy - najważniejsze - nie zgubimy w tym wariactwie prawdziwego sensu czekających nas wydarzeń. I wiecie co? Udało się!

Rok przed ślubem wspominam jako jeden z najbardziej pasjonujących w całym dotychczasowym życiu. Ograniczony budżet inspirował do poszukiwań, kreatywności, niestandardowych rozwiązań. Całymi dniami kombinowałam, negocjowałam, przeglądałam, planowałam, kupowałam. Udało nam się zorganizować fantastyczne, choć (na szczęście!)  nie-takie-perfekcyjne wesele (o tym kiedy indziej).


plan


Cholernie mi tego brakuje. Co jakiś czas, pewnie jeszcze siłą rozpędu (choć w chwili gdy to piszę mija niemal równo półtora roku od dnia “zero”) przeglądam sobie blogi, strony, katalogi ślubne; zazdrośnie podglądam fejsbukowe statusy koleżanek będących jeszcze w wirze przygotowań; zatrzymuję się przed witrynami salonów ślubnych i siłą zwalczam przemożną chęć schowania obrączki do kieszeni tylko po to, by zakosztować przyjemności przymierzenia jeszcze kilku białych, tiulowych bez.

Rozmowy z koleżankami utwierdziły mnie w kilku kwestiach, które jedynie nieśmiało do tej pory podejrzewałam:

  1. praktycznie każdej z nas zaświtała w głowie myśl (choćby w trakcie własnych przygotowań) o zostaniu wedding plannerką;
  2. każda, z perspektywy czasu i doświadczenia, coś by w tym swoim weselu zorganizowała lepiej - a na pewno inaczej;
  3. każda mężatka chociaż raz zamarzyła o ponownym wbiciu się w suknię ślubną;
  4. z oglądania zdjęć ślubnych stylizacji nigdy się nie wyrasta.


A skoro się nie wyrasta, postanowiłam pofolgować moim zachciankom. Mam bloga, na którym dałam sobie święte prawo do wszelkiego marudzenia - wykorzystam je więc w służbie społecznej! :)
Otwieram zatem cykl ślubnych inspiracji, pomysłów z serii “jak zorganizować”, “co sobie odpuścić”, “o czym koniecznie pamiętać” itd.
Podzielę się też kilkoma pomysłami na to co zrobić, by zaoszczędzić jakieś 50% (TAK!) wydatków w stosunku do cen “wyjściowych”, “oficjalnych”, “obowiązujących”. Bez rezygnacji z tego, co najważniejsze i przede wszystkim - z jakości.

W imię tworzenia wartościowego contentu będę wreszcie mogła godzinami przeglądać ślubne zdjęcia, przebierać w welonach, dobierać dodatki i komentować trendy. W sumie i tak to robię, teraz zyskam po prostu alibi... ;)
Nie obędzie się bez ofiar - komuś z pewnością przy okazji się oberwie, bo pamiętam ile ślubnych absurdów wyłapywałam już jako zdezorientowana narzeczona. A co dopiero teraz, z perspektywy doświadczenia ślubu własnego i cudzych. Więc z góry uprzedzam - nie zawsze będzie cukierkowo i w bajecznie uładzonej konwencji portali dla przyszłych par młodych. Przeciwnie - zamierzam krytykować, wyśmiewać i miażdżyć. Bo... mogę. Bo to miejsce dla mojego subiektywnego spojrzenia na świat, na ślub, na organizację najważniejszego (a przynajmniej z perspektywy każdej przyszłej żony) wydarzenia.

Spodziewajcie się zatem, czytelniczki (i czytelnicy! Wszak ślub bierzecie oboje, zatem nie ma wymówek ze to babska impreza!) solidnej porcji tiuli, koronek, kokardek i błyskotek. Bridezilla nadchodzi!

comments powered by Disqus