Chwilę mnie tu nie będzie...

Jakiś czas temu informowałam Was o jednej z przyczyn mojego ostatniego roztargnienia i blogowych zaniedbań. Zniknęłam, bo pracowaliśmy nad umową inwestycyjną, która miała stać się punktem zwrotnym w jednym z naszych projektów. Nie była to jednak cała prawda.

Długo nie chciałam pisać o tym publicznie, nawet na profilu prywatnym. Mój pozorny facebookowy ekshibicjonizm, te wszystkie zdjęcia z podróży, relacje ze spacerów, anegdotki, migawki życia - to wszystko zawsze było tylko wycinkiem, fragmentem, ściśle kontrolowanym - tak, by nie powiedzieć za dużo, nie wystawić tego co “moje”, prywatne, intymne na publiczną ocenę. Mówiłam i pokazywałam wiele, jednocześnie bardzo pilnując granicy prywatności.

Ale należy się Wam słowo wyjaśnienia. Poza tym nie mogę, nie umiem i nie chcę tego dłużej ukrywać - gdy pękam z radości, dumy, niecierpliwości. Chcę chwalić się, tańczyć, skakać i wykrzyczeć wszystkim naszą największą, najcudowniejszą nowinę.

Będziemy mieli córkę!

Nadal nie mogę w to uwierzyć, choć w zasadzie jesteśmy już na finiszu. Kilkanaście dni dzieli mnie od spotkania z Małą Czajkowską. Rozsadza mnie ciekawość - jaka będzie? Jak zmieni się nasze życie? Jak to jest - być mamą? Jednocześnie mam wrażenie uczestniczenia w czymś wielkim, magicznym. Rośnie we mnie życie. Człowiek. Wyczekany, upragniony, wymarzony. Z własnym temperamentem i fundamentami osobowości. Niepowtarzalny, jedyny w swoim rodzaju. Stworzyliśmy go od zera, z niczego. I teraz jest. Z duszą, z wolną wolą, by za kilka lat móc decydować o sobie i swoim życiu. Fizycznie w pełni już ukształtowany, gotowy do przeżycia poza moim brzuchem. Czekałam na to od pierwszej chwili, od dwóch różowych kresek na kawałku plastiku. Liczyłam dni i tygodnie, drżałam przed każdym badaniem, sprawdzałam szanse przeżycia - aż wreszcie przekroczyłyśmy magiczną granicę 37 tygodni, kiedy nie ma już powodów do obaw, wystarczy spokojnie czekać. Nowy człowiek. Nasza córeczka. 

Będę mamą, a mój mąż będzie tatą. Daliśmy życie. Jednego dnia byliśmy jeszcze tylko ja i on, następnego - już we troje. Rodzina. Wykracza to jeszcze poza moje możliwości percepcji. Nie jestem w stanie ogarnąć tego rozumem. Przeczuwam tylko stojącą za tym niesamowitość, doniosłość, wielkość. Jestem - i to całkiem dosłownie - chodzącą kulą szczęścia.

Przechodząc do kwestii praktycznych: oczywiście możecie spodziewać się zmian na blogu. Nie oznacza to jednak, że zmięknę. Że przestanę marudzić, krytykować i kontestować rzeczywistość. A przynajmniej mam nadzieję, że tak jak nie pozwoliłam ciążowym hormonom przejąć nad sobą całkowitej władzy, tak zalew uczuć macierzyńskich również mnie nie stępi, nie osłabi, nie sprawi, że zacznę godzić się na rzeczy dawniej kompletnie nieakceptowalne. Nie zamierzam “zmamusieć”, więc jeśli zauważycie w moich tekstach pierwsze objawy odpieluszkowego zapalenia mózgu, koniecznie dajcie znać!

Z pewnością pojawią się za to teksty o ciąży, dziecku, rodzinie. I tak miałam je w planach od chwili założenia bloga, więc konsekwentnie realizuję kolejne elementy układanki. Wiele jest gotowych od kilku miesięcy, czekały cierpliwie na publikację. Niebawem pierwszy z nich. I nie, nie będą pastelowo - cukierkowe, nie zamierzam zamienić się w blogerką parentingową.

Uprzedzając pytania: czuję się fantastycznie! Jestem chodzącą reklamą ciąży, “stan błogosławiony” to w moim przypadku wyjątkowo trafne określenie. Nigdy w życiu nie czułam się tak kobieca, tak doskonała, spełniona i pełna siły. Jasne, nie jest różowo - były mdłości, zawroty głowy, senność i zmęczenie; teraz jest ciężar brzucha, ograniczona mobilność, duszności, małe stopki uparcie wwiercające się w żebra i łapki boksujące pęcherz… Ale wiecie co? Uwielbiam być w ciąży! Uwielbiam te kopniaki, ten bunt małej wiercipięty, kiedy położę się nie na tym boku co trzeba. Nawet ciążowe zachcianki są powodem do radości: ostatnio przez tydzień chciałam jeść pastę do zębów (!), przechodziłam też fazę na banany, truskawki, czerwone wino, wodę po gotowaniu fasoli (nie pytajcie…), siemię lniane, martini i chałwę.

Nadal dużo pracuję, prowadzę praktycznie dwie firmy i pomagam mężowi w nowej spółce, walczę z doktoratem i projektami pobocznymi. W szóstym miesiącu udało nam się nawet zjechać pół Hiszpanii! Jestem w ciągłym biegu - choć zaczynam już zwalniać, pokornieć, wyciszać się w obliczu wyzwania, które nas czeka. Dużo rozmawiam z naszą Krewetką, opowiadam jej o świecie i o tym, jak bardzo na nią czekamy. Wiem, że nasza codzienność kompletnie się zmieni - ale zamykając rozdział “życie-przed-dzieckiem” nie planuję zamknąć się w domu. Nadal będę działać, myśleć, pisać - bo inaczej nie umiem. Ale na razie zamierzam zniknąć. Chwilę mnie tu nie będzie. Teraz będę cała dla Niej, dla Niego, dla siebie. Zbiorę siły na piękny poród, a kiedy będę już gotowa - za parę tygodni, może miesięcy - dam Wam znać, jak wygląda rozdział “życie-we-troje”.

I jak zwykle, choć teraz milion razy mocniej: trzymajcie za nas kciuki! :)


IMG_4080IMG_4102IMG_3938IMG_1086IMG_0225

Zdjęcie główne: Ewelina Zięba-Kacperek (klik), pozostałe zdjęcia: mój mąż :) 
comments powered by Disqus