Demony macierzyństwa czyli kompendium lęków młodej matki

Właśnie mijają nam trzy miesiące z Zofką. To wystarczająco dużo czasu, żeby poukładać sobie w głowie kilka tematów - ale też zdać sobie sprawę, ile jeszcze do poukładania mi zostało. Bo to moje dotychczasowe matkowanie to przygoda jednoczesne i piękna, i straszna. 
Strachów jest multum. Oswajam je powoli, mozolnie; niektóre są nieoswajalne, będą mi towarzyszyć już zawsze - taki los wszystkich matek. Z innych wyrastać będę z upływem czasu i zbieraniem doświadczeń. Oby. 
Postanowiłam je w skatalogować by zapytać czy i wy tak macie - w nadziei, że nie jestem w tym matczynym szaleństwie sama. Poznajcie demony mojego macierzyństwa. Mój osobisty bestiariusz - może rozpoznacie w nim te, które zamieszkały u was? 
 

Demon ciężaru odpowiedzialności 


"A jeśli coś spieprzę?" Wiecie, pierwsze lata to fundament osobowości. Jako psycholog uświadamiam sobie wyjątkowo mocno znaczenie tego co robię, mówię i odczuwam. Są momenty, że panicznie analizuję wszystko co danego dnia mogło mieć wpływ na Zośkę - i zastanawiam się, jak zaprocentuje to w jej przyszłości. Każde słowo. Gest. Czas reakcji. Zajęta składaniem prania podeszłam do niej dopiero po kilku minutach - co jeśli straci do mnie zaufanie? Kiedy indziej zareagowałam na pierwsze miauknięcie - czy nie wychowam roszczeniowego potworka? Rozmowa z mężem przybrała zbyt gwałtowny ton - jaki to będzie miało na nią wpływ? Nie zaśpiewałam jej dzisiaj kołysanki, odezwałam się zniecierpliwionym tonem, pozwoliłam oglądać z nami telewizję… Lista przewinień jest długa.  
Tak,  warto (trzeba!) być świadomym rodzicem,  starać się dostarczać jak najlepszych bodźców, wychowywać konsekwentnie i z rozmysłem ale na Boga! bez przesady, nasz jeden błąd nie przyniesie nieodwracalnej skazy na psychice. Proces kształtowania charakteru jest znacznie, znacznie bardziej złożony.
 

Demon przyzwyczajenia 


Taka bestia nawiedzająca zwłaszcza świeżoupieczone mamy, które jeszcze nie zdążyły przywyknąć do nowej sytuacji. Przyzwyczajenie do życia bez dziecka jest tak silne, że trudno wyobrazić sobie, że ot, tak - nagle przestawię się na ciągłe myślenie o małym człowieku. Czasem, zwłaszcza gdy śpi a ja zajmę się swoimi sprawami, zdarza mi się… zapomnieć, że mam dziecko. Dopiero gdy ciszę przerywa jej kichnięcie albo płacz podrywam się zdziwiona, by po tej nanosekundzie pierwszego szoku przypomnieć sobie - a, faktycznie, mieszka z nami Zofia. W konsekwencji czasem, zwłaszcza gdy gdzieś jedziemy - w gości, do lekarza, na zakupy - nawiedzają mnie czarne myśli i przerażające wizje: "a co jak o niej zapomnę, zgubię, gdzieś zostawię?" Przecież dotychczas robiłam to wszystko sama, pilnować musiałam co najwyżej telefonu i portfela a przyzwyczajenie to wszak druga natura... Często w nocy budzą mnie koszmary: jadę w nich tramwajem/autobusem/samochodem, docieram na miejsce, wysiadam… A GDZIE ZOŚKA?!  Na szczęście im dłużej mała jest z nami, tym rzadziej zdarzają się takie myśli. Jeszcze nie udało mi się jej zgubić - ufam więc, że będzie dobrze :) 

Demon pesymizmu


A jeśli ona już nie przestanie marudzić?! Zośka jest raczej spokojnym, ładnie śpiącym i bezkolkowym dzieckiem. Jednak swoje kryzysy miewa. Ile razy nosząc zawodzącego człowieczka przez dwie długie, wieczorne godziny moją głowę opanowywały czarne chmury: „a jak jej już tak zostanie NA ZAWSZE?” Na szczęście po kilku takich dniach zawsze wychodzi słońce i moja córka wraca do swojego typowego, pogodnego usposobienia. Przynajmniej póki co…
 

Demon odtrącenia


Nie chciała piersi. Wyrywała się i prężyła gdy ją przytulałam. Płakała mimo kołysanek, lulania, bajek opowiadanych łagodnym głosem, jak poradniki przykazały. Czy ja naprawdę jestem jej potrzebna? Gdzie ta magiczna moc maminej dłoni, która utuli i ukołysze do snu? Gdzie siła matczynej miłości, na którą dziecko powinno reagować szerokim uśmiechem i natychmiastowym odprężeniem? Czemu to nie działa? A może mnie nie kocha? Może nie jestem jej potrzebna? Może nie jestem dla niej kimś równie wyjątkowym, jak ona dla mnie? Może wystarczyłby ktokolwiek - byle zmienił pieluchę, podał mleko, przebrał i pomachał grzechotką? 
O, jak łatwo wpaść w pułapkę oczekiwania wzajemności. Relacja z zawiniątkiem przyniesionym ze szpitala jeszcze długo będzie dość jednostronna - ja zaspokajam jej podstawowe potrzeby, w zamian otrzymując… No właśnie, co? Uśmiechnie się dopiero po kilku tygodniach, zagrucha jeszcze poźniej, a na świadomą deklarację miłości przyjdzie nam poczekać wieeele miesięcy. 
Zacisnąć zęby. Przetrzymać. W chwilach kryzysu karmić się wizją słodkiego maleństwa wtulonego w twoje ramiona. Nagroda w końcu przyjdzie, obiecuję.  
 

Demon poczucia winy


Z reguły nawiedza rodziców kilkutygodniowych maluchów. Co robić z takim dzieckiem? Przecież z noworodkiem trudno się bawić. Przewinę, nakarmię, przebiorę, przytulę, zaśnie - i już? Nic więcej? Poważnie?
W tej sytuacji trudno poświęcać dziecku 100% uwagi przez cały dzień, prawda? Nie zmienia to faktu, że... czuję się winna. Że mam czelność popracować, pomalować paznokcie, posiedzieć na fejsie… I mi źle, i głupio, i dziwnie, że ten mały człowiek sobie tak leży a ja zamiast organizować noworodkowi zabawy rozwojowe zajmuję się sobą. 
Zupełnie jakby fakt urodzenia dziecka zobowiązywał do totalnego wsiąknięcia w nową rolę, bez zastanowienia, bez reszty, bez kompromisów. A ja nie chcę i nie umiem - i czuję się winna. 
 

Demon braku kontroli 


Kto go nie zna? Ile to razy wpatrywałam się w śpiące maleństwo upewniając się, czy aby na pewno oddycha...  Po miesiącach bycia całym jej światem chyba nie umiałam się dostroić do nowej sytuacji. Nie dopuszczałam do siebie myśli, że Zośka jest teraz odrębną jednostką, zdolną do przeżycia bez pępowiny łączącej ją ze mną. Jak to, ona może tak żyć beze mnie? Mogę wyjść do toalety, odwrócić głowę, zasnąć w nocy? Mogę. Małe dzieci zadziwiająco mocno trzymają się życia i nie potrzebują już matek by oddychać. 
 

Demon podejrzliwości


Nikt mi nie powiedział, że będę się tak bała. W szpitalu było dobrze - czuwały nad nami położne, czułam się bezpiecznie. Przyjechaliśmy do domu i się zaczęło... Czemu płacze? Na pewno coś jest nie tak!  Nie chce spać - może chora? Mało zjadła - mam dzwonić do lekarza? Czy to oczko powinno tak wyglądać? Czemu pępek jeszcze się nie goi? Czy to dobrze, że przesypia całe noce? Czemu tak dziwnie oddycha? Analizowanie każdego drobiazgu, każdego dźwięku, ruchu… Szczyty absurdu osiągnęłam pewnego wieczora gdy Zośka zasnęła w kąpieli. Ciepła woda zawsze ją relaksowała, była najedzona i zmęczona. Mimo to spędziłam pół nocy przeczesując internet na hasła „zatrucie tlenkiem węgla u niemowląt” i „niemowlę traci przytomność". 
 

Demon złej matki


Z drugiej strony lektura internetowych dyskusji na forach dla mam doprowadza do wniosku, że  przejmuję się... za mało. Teraz, po tych trzech miesiącach, wiele rzeczy traktuję lekko - to fakt. Krostki na buzi? Przemyjemy wodą albo krochmalem, samo minie. Nie przewraca się na drugi bok? Spoooooko, ma czas. Ile przybiera dziennie? A kto by to sprawdzał. Ile ma tygodni? Dajcie mi chwilę, muszę policzyć... Wychodzę z - słusznego poniekąd - założenia, że dopóki dziecko jest zadowolone, spokojne a na wizytach kontrolnych nie budzi zastrzeżeń, nie muszę kompulsywnie kontrolować każdego wypitego mililitra, przybranego grama czy plamki na policzku. I raz na jakiś czas dopadają mnie wyrzuty sumienia (zwłaszcza po lekturze wypowiedzi innych matek w internecie), że jestem zbyt lekkomyślna, bagatelizuję, nie troszczę się wystarczająco, nie martwię tyle ile powinnam - no zła matka po prostu.
 

Demon wyścigowy

 

Kolejna bestia przysiadająca na klatce piersiowej w nocy, niepozwalająca oddychać, zabierająca spokojny sen. Porównania. Z tabelkami, wykresami, normami a przede wszystkim - z innymi dziećmi. Czy już trzyma głowę? Przesypia całe noce? Siedzi? Raczkuje, je marchewkę? Bo mój Wojtuś w tym wieku to… 
Szybko się opamiętałam, nie biorę udziału w wyścigu niemowląt, choć demon czasem jeszcze do nas zagląda - zwłaszcza po kontrolnych wizytach w przychodni. 
 

Demony medyczne


Oczywiście wszystkie choroby i zagrożenia wylewające się z Facebooka. Kiedyś nie zwracałam na to tak dużej uwagi ale teraz widzę, jak mocno zmienia się obraz świata gdy zostaje się matką. Matką z dostępem do internetu. Te wszystkie apele i zbiórki pieniędzy, wypadki, choroby, tragedie zakorzeniają się w głowie do tego stopnia, że zaczynasz się zastanawiać nie „czy”, a „kiedy” coś równie potwornego dopadnie i nas. Media sprawiają, że przeszacowujemy prawdopodobieństwo wystąpienia negatywnych zdarzeń; hormony i instynkt macierzyński robią całą resztę. 
 

Demon estetyczny 


Co będzie z moim ciałem? Wiadomo - ciąża zostawia po sobie ślad. U jednych mniej, u innych bardziej widoczny ale nie oszukujmy się - ciało, które przez 9 miesięcy zmieniało się, rozciągało, adaptowało do nowej sytuacji nie wróci do pierwotnego stanu w ciągu tygodnia. Do tego dochodzi brak czasu na makijaż, fryzjera, kosmetyczkę czy zakupy... Niby byłam na to przygotowana, księżna Kate odwaliła dobrą robotę pokazując się z pociążowym brzuszkiem. Nie oczekiwałam cudów zaraz po wyjściu z porodówki ale miałam cichą nadzieję, że te dwa tygodnie po porodzie zmieszczę się już w spodnie z czasów "sprzed Zośki". Ups. 
 

Demon odjeżdżającego pociągu 


Dla mnie to najłagodniejszy ze wszystkich strachów. Własna firma daje nieco więcej swobody w tej kwestii ale i tak czasem nachodzą mnie czarne myśli. Czy nadgonię ten czas? Czy mogę sobie pozwolić na beztroskie siedzenie w domu? Inni idą do przodu, rozwijają się, uczą nowych rzeczy - ja zgłębiam co najwyżej tajemnice mleka i pampersów. A jeśli właśnie podpisałam wyrok na własną karierę? To chyba najbardziej podstępny z macierzyńskich demonów; potrafi wyssać całą radość, wpędzić w poczucie winy, i to takie potężne: wobec siebie - bo zaniedbałam karierę, wobec męża - bo ja tu sobie w ciepłym domku a on zasuwa do biura, wobec dziecka - bo zamiast cieszyć się każdą chwilą, myślę o karierze. Błędne koło.

 

Demon małżeński

 

Czy jeszcze będziemy mieli czas tylko dla siebie? Kiedy uda nam się wyskoczyć na kawę, kolację, do teatru? Czy będzie miedzy nami tak jak dawniej?  Chociaż wiem, że to niemożliwe  i nawet tego nie chce. Porod nas zmienił, dziecko nas zmieniło, nasza relacja jest już inna, o krok starsza, dojrzalsza. Jak może być jak dawniej, skoro my nie jesteśmy juz tacy sami? Ale zanim przyzwyczaimy się do nowego potęsknimy chwilę za starym, do którego przywykliśmy. 

 
Tyle u mnie. Nie jest lekko. Naiwnie ufam, że przy kolejnym dziecku będzie łatwiej. A Wam co nie daje spać po nocach? 

comments powered by Disqus