Jak nie wydać majątku na ślub i wesele?

Czasem piszecie do mnie z sakramentalnym pytaniem: jak zaoszczędzić na organizacji ślubu i wesela? Nic dziwnego - już pierwszy rzut oka na rynkowe ceny większości usług i produktów branży ślubnej pozwalają przypuszczać, że… ktoś chyba upadł na głowę. Kawałek tiulu ze spinką za 500 złotych? Bukiet goździków za 350? Słowo “ślubne” w nazwie towaru powoduje chyba automatyczne podwyższenie ceny o kilkaset procent... 

Niestety, z reguły wina znajduje po obu stronach - bo rynkowe mechanizmy regulacji cen są nieubłagane: rzecz kosztuje tyle, ile zgodzimy się za nią zapłacić. Babskie filmy kreują w nas potrzebę organizacji ślubu jak z bajki; portale internetowe nakręcają popyt, kusząc miliardem zupełnie zbędnych atrakcji i akcesoriów a my… dajemy się wciągnąć w tę marketingową spiralę absurdów. Dochodzimy do punktu, w którym wesele bez “bajerów” nie mieści nam się w głowie. Bo koleżanka miała. Bo na fejsie widziałyśmy. Bo teściowa nalega. Bo w tej komedii romantycznej to tak pięknie wyglądało.


Pozwalamy zasiać w sobie dziesiątki sztucznie wykreowanych potrzeb.

Stajemy pod presją organizacji imprezy rodem z Pinteresta i tych wszystkich wymuskanych sesji zdjęciowych, które tak kochamy oglądać. Co więcej - zamroczone chyba “wyjątkowością” tego dnia godzimy się zapłacić każdą cenę za nieistotne duperelki, bez szemrania sięgamy do portfela kupując produkty jednorazowe, średniej lub niskiej jakości i… w większości przypadków zupełnie zbędne.
I oczywiście - nic w tym złego czy zdrożnego. Każda z nas podejmuje własne decyzje i jestem ostatnią osobą, która chciałaby rozliczać panny młode z poczynionych wydatków. Jednak w większości przypadków zaraz po ślubie, kiedy emocje opadną a presja organizacyjna staje się ledwie mglistym wspomnieniem okazuje się, że… połowy kosztów można było uniknąć, a zaoszczędzone pieniądze przeznaczyć na znacznie trwalsze lub fajniejsze uciechy. Bo goście i tak nie zauważyli. Bo gdyby zredukować o 30% ilość atrakcji, to “atrakcyjność” wesela wcale by o te 30% nie spadła. Bo - koniec końców - to nie o wesele w tym wszystkim przecież chodzi!
Niestety - dopóki trwamy w przedślubnym szale, absolutnie WSZYSTKO wydaje nam się konieczne, niezbędne, ważne.

A już zwłaszcza, gdy płacą za to rodzice…

Właśnie. Wychodzę z niemodnego założenia, że skoro dwie dorosłe, pracujące osoby świadomie decydują się rozpocząć wspólne życie to również w dorosły sposób powinny potraktować temat ślubnych wydatków. Tak nakazuje przyzwoitość - zbiorę za to ostre cięgi od par, którym wesele finansowała rodzina ale naprawdę uważam, że skoro narzeczeni pracują, zarabiają, mieszkają poza domem to nie mają moralnego prawa oczekiwać, by rodzice pokryli choćby część kosztów. Jeśli stać mnie na imprezy czy zagraniczne wycieczki, to niech rodzice własne oszczędności wydają wreszcie na swoje przyjemności, a nie realizację mojej wyidealizowanej wizji wesela.

A zatem ponieważ jakoś nie mieściło mi się w głowie, żeby na tym etapie życia obarczyć rodziców kosztami moich decyzji, organizując własną imprezę musiałam stoczyć w głowie solidną walkę pomiędzy marzeniem o “ślubie z Pinteresta” a racjonalną polityką finansową.
Bo oczywistym jest, że nie pochodzimy od Hiltonów, dopiero się dorabiamy i zbyt poważnie traktujemy te ciężko zarobione pieniądze, by wypuścić je w powietrze razem z tresowanymi gołębiami czy inną atrakcją. Zresztą, helloł! Wydawanie z trudem zaoszczędzonej gotówki jako sposób na uczczenie pierwszego dnia “nowej drogi życia”? Serio?

Dlatego znowu, identycznie jak w poprzedniej ślubnej notce (tej o salach weselnych - KLIK!) - subiektywna garść moich przemyśleń, doświadczeń i porad: jak nie dać się wydymać przez przemysł ślubny i oddzielić to, co faktycznie niezbędne od sztucznie wykreowanych przez media potrzeb. Zaznaczmy raz jeszcze - ta lista jest do bólu "moja" i oparta na własnych przemyśleniach, jednak zasada ogólna jest jedna... 

...przy każdym wydatku ślubnym zadajemy sobie trzy pytania:

  • jak bardzo obciąża to mój budżet ślubny?
  • jak bardzo tego chcę?
  • jak bardzo moja wizja wesela ucierpi na braku tego elementu?

Tylko nie oszukujcie - ja wiem, że wszystko jest absolutnie NAJniezbędniejsze, zaś choćby milimetrowe odstępstwo od pierwotnej wizji oznacza jej kompletną ruinę ;) ale serio, polecam rzetelną odpowiedź na każde z tych pytań. Solidny rachunek sumienia pomoże zredukować łączny koszt nawet o… połowę! Potwierdzone info, zrobiłam to - okroiłam pierwotny budżet o ponad 50% w stosunku do zakładanego. I to bez widocznej straty na “fajności” wesela.
 

Jeszcze uwaga o jakości... 

Czeka nas kilka wydatków niezbędnych, nie do obejścia. Ot, podstawa - suknia, garnitur, dodatki itd. Warto jednak uświadomić sobie dwie proste prawdy: 1) nie warto na nich oszczędzać, 2) stosunek jakość/cena w większości salonów ślubnych to jakiś żart.

Pierwszy lepszy przykład: buty dla panny młodej. Wiadomo - mają pasować do sukni, a przy tym być ładne, wygodne i porządne. Idealne dopełnienie stylizacji. Jednak wystarczy spojrzeć na ofertę większości salonów ślubnych; można odnieść wrażenie, że ich nadrzędnym celem - zaraz po podpisaniu umowy na szycie sukni -  jest wepchnięcie zdezorientowanej klientce maksymalnej liczby dodatków: byle czego, byle więcej, chociaż w cenach znacznie przekraczających te rynkowe. No bo proszę: satynowa replika komunijnych pantofelków, macie to przed oczami? Obcas-słupek, paseczek na kostce, do tego hafcik, koralik, różyczka, koronka - a najlepiej wszystko razem. Rozumiem, o gustach nie dyskutujemy, nie mi oceniać stylizację panny młodej. Ale… but na jeden raz (bo czy założycie to jeszcze kiedyś?) za 500 złotych? Bez jaj. A tyle pięknych, białych lub kremowych czółenek/szpilek/sandałków/balerinek tylko czeka w dowolnym butiku, centrum handlowym czy internecie. Ślubne szpilki upolowałam w cenie 50 zł na sezonowej wyprzedaży ładnych parę miesięcy przed ślubem. I chodzę w nich do dzisiaj. Zaoszczędziłam jakieś 450 złotych, brawo ja.

 

A więc do rzeczy. Na początek cztery złote zasady oszczędnej i rozważnej panny młodej:

  1. Negocjuj - masz prawo! Warunki umowy z salą weselną nie zawsze są sztywne, czasem warto zapytać o rabat czy gratisy (np. tort lub apartament dla nowożeńców).

  2. Szukaj usługodawców wokół siebie - zaprzyjaźniona kwiaciarka, fotograf, drukarnia czy grafik to skarb!

  3. Pilnuj ukrytych kosztów - korkowe, opłata za serwis, za rezerwację, za pokrowce na krzesła, za parking, za wcześniejsze dekorowanie sali… Pierwotnie atrakcyjna cena “talerzyka” po wczytaniu się w umowę może wzrosnąć nawet o 50%!

  4. Czy na pewno tego potrzebuję? To kluczowe pytanie, które należy sobie zadać przed każdym wydatkiem.

A wydatków może być sporo. Przeglądając portale ślubne dochodzę do wniosku, że aby mieć naprawdę udane wesele, trzeba stanąć na głowie by a) zrobić niezapomniane wrażenie (lepsze niż kuzynka Helena!) oraz b) dopieścić gości i niczym kaowiec na wczasach zorganizować im noc pełną atrakcji. Zaimponuj, pokaż, niech wspominają przez lata. Zastaw się, a postaw się.  

Zrobiłam więc listę usług i dodatków “rekomendowanych” przez branżę weselną. Jeśli szukacie oszczędności, zastanówcie się zatem...

...czy aby na pewno jest Wam potrzebna:

  • Suknia za 5000 złotych - każda z nas chciałaby poczuć się w tym dniu jak księżniczka; jednak jeśli tniemy koszty warto poszukać nieco tańszej sukni lub zamówić ją wcześniej. Posezonowe wyprzedaże pozwalają zaoszczędzić nawet 50% pierwotnej ceny.

  • Wynajęcie “zwykłego” samochodu - nie rozumiem mody na wynajmowanie Audi czy innej współczesnej limuzyny, jakimi jeżdżą na co dzień ludzie nieco lepiej sytuowani. Po co? Żeby zakosztować pozornego luksusu, który tak naprawdę z bogactwem nie ma nic wspólnego? Żeby pokazać, że nas stać - mimo, że na co dzień jeździmy Fabią? Wynajęcie samochodu do ślubu to z reguły koszt ok. 500-1000 złotych i naprawdę uważam, że - o ile nie marzy nam się żaden zabytkowy, klimatyczny wóz - nie warto wydawać tych pieniędzy. Jeśli szukamy oszczędności, lepiej poszukać wśród bliższych/dalszych znajomych właściciela ładnego auta, który w zamian za przysługę lub butelkę dobrej wódki zgodzi się zawieźć nas do ślubu. Albo udekorować swoją Fabię, co w tym złego? 

  • Skrzypaczka/zespół do kościoła - zbędny, choć z pewnością miły i klimatyczny element. Staje się konieczny w jednym przypadku - wiele lat temu uczestniczyłam w ślubie, na którym parafialny organista ryczał jak zarzynany baran. Zawodził. Beczał i łkał. Zarówno młodzi, goście jak i ksiądz z trudem zachowywali powagę. W takiej sytuacji lepiej zainwestować przynajmniej w jedną w miarę utalentowaną wokalistkę… ;)

  • Akcesoria i dodatki z salonu - często tańsze i lepszej jakości drobiazgi: welon, woalkę czy biżuterię można znaleźć w internecie, u zwykłego jubilera czy w butiku. A o butach też już pisałam…

  • Płatki kwiatów czy konfetti do obrzucania po wyjściu z kościoła - zanim zamówicie i wydacie te kilkadziesiąt złotych upewnijcie się, czy aby na pewno proboszcz wyraża zgodę na sypanie. Potem nie ma komu tego sprzątnąć, bo np. kościelny na urlopie. U nas na stronie parafii widniała przejrzysta prośba o niesypanie, do której bez problemu się dostosowaliśmy.

  • Florystka, dekoratorka - tutaj polecam trzymanie się zasady “co mogę zrobić sama - zrobię sama”. Albo z przyjaciółkami. Wspólne dekorowanie sali weselnej dzień przed ślubem może być fantastycznym sposobem na zredukowanie stresu (i oczywiście kosztów - o minimum 1500 złotych). Dwie butelki wina, bagażnik wstążek, drucików, ozdobnych taśm i kwiatów (warunek - muszą być to gatunki dość odporne, by wytrzymały do następnego dnia) i kilka najbliższych osób - może być naprawdę fajnie! U nas przygotowaniem bukietów zajęła się zaprzyjaźniona kwiaciarka, ale już do dekoracji sali wydelegowałam pana młodego z kolegami. Przynajmniej mieli co robić przez te kilka godzin, gdy ja szykowałam się z dziewczynami :)

  • Tresowane gołębie - tak, widziałam tresowane gołębie na ślubie. Zamiast sypania ryżem. Żadna siła nie przekonałaby mnie do wywalenia pieniędzy w biedne, przerażone zwierzaki, które na dodatek mogą zostawić mi nieciekawą pamiątkę na sukni ślubnej lub fryzurze…

  • Noclegi dla gości - a już zwłaszcza dla tych z niedaleka. No halo, jaki sens? Przyjmując zaproszenie na wesele goście muszą się liczyć z logistyką przedsięwzięcia. Wielokrotnie byłam świadkiem dylematów koleżanek, szukających weselnego noclegu dla kilkudziesięciu członków rodziny z innego miasta. Jeśli nie dysponujecie zbędną gotówką, naprawdę nie macie obowiązku zapewniać gościom nocowania. Mówimy o dorosłych osobach!

  • Transport dla gości - podobnie jak w przypadku noclegu, poza specyficznymi sytuacjami (bardzo "zadupiaste" miejsce wesela, ślub zupełnie poza miejscem zamieszkania pary młodej a większość gości jedzie z tego samego miasta itp.) możemy chyba przyjąć, że zaproszeni przez nas dorośli ludzie poradzą sobie z organizacją dojazdu? Fundowanie taksówek, busów czy zwracanie kosztów biletów nie należy do obowiązków pary młodej.

  • Animator zabaw, opiekunka do dzieci - jak wyżej. Zapraszamy dzieciatych gości. Goście mówią, że fajnie, ale nie mają z kim zostawić dziecka. Czy trzeba obciążać weselny budżet kolejnymi kilkuset złotymi na zapewnienie opieki trzyletniej córce niewidzianej od 10 lat kuzynki Agaty? Być może warto, jeśli dzieci jest więcej a my te dodatkowe kilkaset złotych możemy wydać lekką ręką. W przeciwnym razie naprawdę, powstrzymajcie wyrzuty sumienia. Są zbędne.

  • Pokaz fajerwerków - minimum 2000 złotych wystrzelone w niebo w ciągu kilku minut. Niezbyt racjonalny wydatek, gdy tniemy koszty.

  • Puszczanie lampionów - tańsza alternatywa dla fajerwerków, ale… zastanawialiście się kiedyś co się dzieje z lampionem, gdy już się wypali? Albo gdy spadnie zanim zdąży zgasnąć? No właśnie. Lampiony out.

  • Taniec z ogniem, szczudlarze, pokazy magików. No niby można, tak przynajmniej czytamy na forach i portalach dla narzeczonych. Większość takich atrakcji to co najmniej 1,5 tysiąca złotych, często więcej. Dodatkowo każda z nich coraz bardziej niepokojąco przybliża nasze wesele do cyrkowego show.

  • Fotobudka - od kilku lat coraz bardziej modna. Tysiąc złotych za 3-4 godziny. Fajna atrakcja ale nie dajcie sobie wmówić, że niezbędna. Można zastąpić ją na przykład zwykłym polaroidem. Dzięki temu mamy naprawdę rewelacyjny weselny reportaż - kompletnie odmienny od tego “oficjalnego” ;)

  • Pokazy barmańskie - to z reguły koszt ok. 1000-3000 zł za noc, plus niezbędne składniki. Jeśli chcemy poszaleć z alkoholami w rozsądnym limicie finansowym, warto zdecydować się na rozwiązanie kompromisowe - samoobsługowy open bar, w którym goście samodzielnie będą przygotowywać sobie kolorowe drinki na podstawie wydrukowanych przez nas wcześniej instrukcji. Koszt: alkohole (rum, whisky, wódki smakowe), syropy i puree barmańskie, świeże owoce, słomki, kubeczki i palemki - czyli dokładnie to samo co przy pokazie barmańskim, ale już bez kosztu wynagrodzenia dla barmanów.

  • Wiejski stół - odradzałabym w przypadku wesela organizowanego latem, kiedy upały odbierają nam apetyt. Dodatkowe jedzenie jest wtedy zbędne i zwyczajnie się marnuje, a przecież to znowu koszt rzędu 800-1500 zł. Z reguły catering weselny z nadmiarem zaspokaja głód wszystkich gości (a jeśli nie to znaczy, że bardzo źle wybraliśmy salę weselną).

  • Pieczone prosię z jabłkiem w pysku i fajerwerkiem - jak wyżej. Dodatkowo… no cóż, nie przyda naszemu weselu szyku i polotu (choć to z pewnością kwestia gustu).

  • Fontanna czekoladowa - fajna, wszyscy chcą, każdy się zachwyca. Przez pierwsze pół godziny. Później entuzjazm maleje - odwrotnie proporcjonalnie do brązowych śladów na podłodze i kreacjach gości, zwłaszcza gdy na weselu bawią się również dzieci. Odradzam latem - czekolada to ostatnia rzecz, którą będą chcieli się raczyć weselnicy. Dla nieprzekonanych dodatkowy argument: warto uświadomić sobie, że przez całe wesele w fontannie krąży ta sama czekolada. Cały czas. Kilka godzin. Smacznego, koszt to kilkaset złotych.

  • Fontanna alkoholowa - szczerze przyznaję, że nigdy nie sprawdziłam w praktyce, ale jakoś… nie przekonuje mnie ten koncept. Zwłaszcza, gdy zdecydowaliśmy się już np. na open drink bar. Koszt podobny jak w przypadku fontanny czekoladowej, plus alkohol.

  • Zespół czy DJ - tutaj temat jest mocno niejednoznaczny. Nie warto oszczędzać na dobrej muzyce niezależnie od tego, czy zdecydowaliśmy się na DJa czy zespół. Warto jednak mieć świadomość, że zespół to często wiele dodatkowych kosztów, których początkowo nie braliśmy pod uwagę: do ceny samej usługi trzeba doliczyć koszt “talerzyka” dla każdego muzyka (często sale dają rabaty dla obsługi, jednak zwykle nie większe niż 15% pełnej kwoty jednoosobowego menu), dodatkowo zespoły często liczą sobie za dojazd i nocleg. Wtedy koszt w porównaniu do DJa rośnie kilkukrotnie: zamiast przeciętnej ceny 3000 zł zapłacimy nawet 8000-10000.

  • Suknie dla druhen - serio, ktoś w Polsce finansuje swoim druhnom jednakowe kreacje? Nie wierzyłam, dopóki nie przeczytałam na jednym z portali. Zachodnia moda może i fajna (chociaż osobiście jakoś tego nie kupuję), ale… bez przesady.

  • Specjalne tablice do samochodu z napisem typu “Młoda para” - niby drobiazg, ledwie kilkadziesiąt złotych, ale… po pierwsze nielegalny (można załapać się na mandat!), po drugie - troszkę już wyeksploatowany.

  • Poduszeczka na obrączki - kilkadziesiąt złotych i potem nawet nie wiesz, co z tym zrobić.

  • Specjalne pudełko na koperty i karty z życzeniami - kolejny drobiazg, za który zapłacimy 10 razy więcej niż jest faktycznie wart. Na dodatek w większości przypadków nieporęczny i kiczowaty. Lepiej zrobić samodzielnie lub wykorzystać do tego celu ładną torebkę prezentową.

  • Personalizowane wieszaki z imionami - mogłyby stać się niezapomnianą pamiątką i fantastycznie wyglądać na zdjęciach z przygotowań gdyby nie to, że… widziałam je u jakichś kilkudziesięciu par. Oklepany standard, za który moim szczerym zdaniem kompletnie nie warto płacić, a jednak z jakichś przyczyn pełno ich na rękodzielniczych portalach i zbiorach “inspiracyjnych” zdjęć ślubnych.

  • Prezenty dla gości - można zamówić woreczki z migdałami w lukrze, minisłoiczki z miodem czy konfiturą, maleńkie buteleczki z wódką lub nalewką albo pudełeczka z cukiereczkami (zbiorę kiedyś w jednej notce najciekawsze pomysły). Widziałam też gipsowe aniołki, drewniane serduszka ze zdjęciem pary młodej, magnesy, zawieszki, a nawet… biżuterię. Można, ale zdecydowanie nie trzeba. Zwłaszcza, jeśli nie mamy pomysłu i robimy to aby było, byle jak, bo trzeba (“kuzynka Wiola u siebie dała krówki z datą ślubu, więc i my musimy coś ogarnąć”). Kolejne kilkaset złotych uratowane.

  • Kamerzysta, teledysk ślubny - o ile na dobrym fotografie nie warto, a wręcz nie wolno oszczędzać, tak przemyślałabym temat kamerzysty. Ile razy w życiu obejrzysz ten ślubny teledysk z wami w roli głównej? Tak szczerze? Raz przy odbiorze, raz na pierwszej imprezie po ślubie, raz na rocznicę? Wiem, wiem - fajnie wrzucić go na fejsa, dużo lajków będzie. Ale płacić za to 3000 złotych? Wolę dorzucić do budżetu na podróże :)

  • Nowe obrączki - wiedzieliście, że posiadając w domu stare złoto (najróżniejsze - stare obrączki, pierścionki, bransoletki) możecie przetopić je na nowe obrączki? Pozwala to zaoszczędzić nawet 50% kosztów. W rodzinach zbiera się tego sporo - sprawdźcie, może i u Was da się wykorzystać trochę cennego złomu?

  • Ślubna grafika i drukowane dodatki - zaproszenia, “save the date”, winietki, menu, księga gości, zawieszki na butelki, tablice z nazwiskami gości, numerki na stoły… Z tej listy tylko zaproszenia są absolutnie niezbędne. Całą resztę możecie sobie darować, chociaż ja gorąco zachęcam do zainwestowania w akurat ten element dekoracji; często taka spójna linia wizualna nie wymaga już potem uzupełniania dodatkowymi bajerami - ot, proste bukiety na stołach, a resztę robi grafika. Aby zaoszczędzić, zamówcie wszystko hurtem u jednego projektanta i wydrukujcie za jednym razem w tej samej drukarni (Pro-tip: jeśli chcecie zaoszczędzić jeszcze więcej, wyjdźcie za grafika - tak jak ja! :D Sami projektowaliśmy wszystkie drukowane pierdółki, dzięki czemu jedyny koszt wiązał się z wydrukowaniem).

  • Przygotowania Panny Młodej - serie zabiegów, kosmetyczka, manicure, masaże, weekendy spa… Czytając artykuły o organizacji ślubu można dojść do wniosku, że jest on dla kobiety jedyną okazją by o siebie zadbać. Ba, “zadbać” - zrobić REMONT GENERALNY! Wybielić zęby, umówić co najmniej 6 sesji maseczek (koniecznie zacząć pół roku przed “godziną zero”!), zrzucić kilka kilogramów, opalić się, wydepilować laserem… Ile tysięcy pochłoną takie przygotowania? Polecam ograniczyć się do zmiany trybu życia - zdrowsza dieta i trochę ruchu dla całego ciała, 2 litry wody dziennie dla pięknej skóry, przestać katować włosy suszarką, gumkami i lakierem. Kosmetyczkę odwiedzić trzy tygodnie przed ślubem, oczyścić i wygładzić cerę, umówić się na manicure, makijaż i czesanie. Znam dziewczyny, które do ślubu szykowały się same - z efektem znacznie lepszym niż w większości salonów kosmetyczno-fryzjerskich, choć sama raczej bym się na to nie zdecydowała. Niemniej nie widzę powodu, żeby nagle przed ślubem wydawać setki złotych na urodę. Lepiej po prostu być dla siebie dobrą i dbać o wygląd na co dzień - efekty będą lepsze, a koszty niższe :)

  • Roczne lekcje przed pierwszym tańcem; indywidualny trener - osobiście znam parę, która miała specjalnie zaprojektowany dla nich układ choreograficzny. Dodaję do listy raczej jako ciekawostkę. My nie mieliśmy nawet układu - ot, spontan do “naszej” piosenki, poszliśmy na żywioł. Zapisaliśmy się wcześniej na kilka lekcji, ale bardziej z poczucia obowiązku i żeby się trochę poruszać. Finalnie z braku czasu opuściliśmy połowę zajęć, a na weselu i tak wytańczyliśmy się za wszystkie czasy. 

  • Poprawiny - no można, bywa fajnie pod warunkiem, że macie naprawdę zgraną paczkę gości, o których wiecie, że nie wykruszą się z nadejściem poranka. W większości przypadków jest to jednak kosztochłonna pozostałość po dawnych wiejskich weselach, której wówczas jedynym celem było dojedzenie i dopicie weselnych resztek. Teraz catering na poprawiny trzeba zamówić dodatkowo, plus zorganizować gościom nocleg (tak, w tym przypadku raczej powinniście). Jeśli oszczędzacie, możecie sobie odpuścić.

  • Ten punkt jest dla Was. Jakieś pomysły niepotrzebne lub wręcz absurdalne koszty? Komentarze są do Waszej dyspozycji! :)


Moja rada dla chcących ograniczyć zbędne wydatki? Wybrać kilka z powyższych. Nie musisz mieć wszystkiego. Stylowe wesele ze smakiem nie musi pochłonąć trzyletniego wynagrodzenia przeciętnej pary narzeczeńskiej lub oszczędności połowy życia rodziców. Koniec końców to przecież nie o wesele w tym wszystkim chodzi…

comments powered by Disqus