Jak smakuje Szwecja?

Z tym wpisem nosiłam się praktycznie od początku wyprawy. Rósł we mnie, pęczniał, dojrzewał, słowo po słowie, wspomnienie po wspomnieniu. Mimo to jakoś nie chciało mi się usiąść do laptopa - być może dlatego, że ciągle jeszcze żylam ślubem, weselem, podróżą. Porządkowałam prezenty, składałam welony, wytrząsałam piasek z kieszeni, rozpakowywałam plecaki i nie chciałam przyjąć do wiadomości, że skończył się urlop, skończyla podróż poślubna, skończył ten “miesiąc miodowy instant”.  Nadszedł czas ciężkiej pracy, wczesnego wstawania i późnych powrotów,  jesieni, pluchy, błota. Więc sięgam do zdjęć, przypominam sobie smaki, zapachy, szwedzki wiatr i zapach morza. I piszę. Dzielę się naszymi wspomnieniami i przypominam sobie, jak smakuje Szwecja. 

IMG_5558

Pierwsze wrażenia po wyjściu na stały ląd nie różniły się zbytnio od oczekiwań, przynajmniej w moim przypadku. Znałam już Finlandię - wiedziałam więc, że o tej porze roku nie warto spodziewać się klimatu radykalnie odmiennego niż u nas. Dopłynęliśmy na miejsce w dość ciepły (18 stopni ;) sierpniowy poranek. Ostre słońce i silny wiatr od morza, czyli esencja wyspiarskiego charakteru Karlskrony dodawały jej tylko uroku. 

IMG_5743

Zaczęliśmy od zwiedzania wysp, na których zbudowane jest całe miasto. Pierwszy zachwyt kulinarny spotkał nas na wyspie Senoren, w niewielkiej kawiarni, będącej jednocześnie czymś w rodzaju kwiaciarni i straganu z ziołami. 

IMG_5699 copy

IMG_5703 copy

IMG_5681 copy

Znane mi już z Finlandii bułeczki kardamonowo-cynamonowe, czyli korvapuusti (lub jak kto woli - pulle) smakowały obłędnie, zwłaszcza z przedpołudniową kawą. Podobnie drożdżówki pistacjowe, których miałam okazję posmakować tu po raz pierwszy.

IMG_5676 copy

IMG_5677 copy

Sporym zaskoczeniem była obecność maleńkich szwedzkich flag, zatkniętych w tarcie migdałowej - kolejnym lokalnym przysmaku. Krąży opinia, że Szwedzi - pomimo niechęci do wyrażania emocji - na każdym kroku okazują jednak swoistą dumę narodową, zwłaszcza w kontekście lokalnych produktów. Dlatego też np. na wyspie Senoren, słynącej z truskawek i ziemniaków, organizowane są doroczne obchody ich święta. Przygotowywane są wówczas potrawy zawierające chlubne produkty, zaś każda z nich opatrzona jest właśnie szwedzką flagą. 

IMG_5678 copy

IMG_5680 copy


IMG_5692 copy

IMG_5694

Pozostając w tematyce świąt: wielkim przysmakiem Szwedów są również raki. Początkowo - żywność ludzi ubogich, z czasem trafiły do jadłospisu bogaczy. Z tego powodu liczba raków w okolicznych zatoczkach uległa dramatycznemu zmniejszeniu, co spotkało się z natychmiastową reakcją rządu. Od tego czasu łowienie raków dozwolone jest w ściśle wyznaczonych terminach, w drugiej połowie sierpnia. Z tej okazji organizowane jest także święto raków, podczas którego zamyka się większe ulice lub całe miejscowości. Jak świętować, to świętować! ;) 
 

IMG_6157 copy

Wspomniałam już o szwedzkiej kawiarni i bułeczkach, muszę zatem do powiedzieć jeszcze kilka słów o kawie. Przed powrotem zaopatrzyliśmy się w opakowanie - ponoć najlepszej - szwedzkiej kawy marki Gevalia. Niechcący trafiła nam się wersja do... gotowania (ech, czytanie etykiet w obcym kraju.... Kiedyś w Joensuu zrobiłyśmy sobie grzane wino na pieprzu będąc przekonane, że kupiłyśmy goździki! :P). Kawę zalewa się w rondelku lub kawiarce wodą, doprowadza do wrzenia, zdejmuje z ognia, ponownie doprowadza do wrzenia, i tak trzy lub cztery razy. W efekcie całe mieszkanie pachnie kawą, zaś sam napój podobno jest zdrowszy. 

IMG_7256 copy
IMG_7267 copy
Szwedzi wypijają potworne ilości kawy - w statystykach idą łeb w łeb z Finami. Półtora litra dziennie na osobę. Na dodatek przysługują im ustawowe przerwy kawowe w pracy - około 2 godzin dziennie, podczas których kładzie się spory nacisk na networking, nawiązywanie relacji i omawianie spraw bieżących. I niech mi ktoś powie, że Szwedzi nie są towarzyscy? (Są - gdy już muszą ;)
Nie jest ich wielu - 20 osób na kilometr kwadratowy, czyli bez szaleństw. Dla porównania - Polacy żyją w 6 razy większym zagęszczeniu. 

IMG_5681 copy

IMG_6105

Być może była to druga, zaraz po niedostatku słońca, przyczyna alkoholowego problemu, który dotknął niegdyś Skandynawię. Reakcją na notoryczne nadużywanie było wprowadzenie w Szwecji częściowej prohibicji. Obecnie alkohol można dostać jedynie w wybranych sklepach. W zwyczajnym supermarkecie ma prawo pojawić się jedynie niskoprocentowe piwo lub cydr; aby zdobyć mocniejszy trunek trzeba nieco bardziej się natrudzić oraz… zapłacić. Ceny alkoholu w Szwecji mają odstraszać. I odstraszają - a przynajmniej od szwedzkiego alkoholu, bo po Polski mieszkańcy Karlskrony jeżdżą często i chętnie. Ilości palet piwa, wywożone z Gdyni promem do Szwecji, zdziwiły nawet mnie - rodowitą Prażankę ;) 

Przy alkoholu pozostając (ale tylko na moment, wszak prohibicja:) - ze Szwecji, podobnie jak z Finlandii, warto przywieźć likier z lokalnej maliny moroszki. Jeśli będziecie w Skandynawii, szukajcie butelki z etykietką Lakka. 
 

IMG_5490 copy

Jednym z ciekawszych przystanków naszej szalonej wyprawy była rodzinna wędzarnia ryb na wyspie Sturko. Młody, sympatyczny Szwed opowiedział nam o powstaniu przedsiębiorstwa, metodach wędzenia i ich historii. Zaczynali 25 lat temu, czysto hobbystycznie - niewielki komin w ogrodzie, kilka ryb uwędzonych dla użytku domowego. Zapach szybko jednak zwabił turystów, obozujących na pobliskiej łące. Wkrótce gości przybywało, a dzisiaj proszę: strona internetowa, sklep, catering i oferta dla wędkarzy. Postęp! :) 

IMG_5755 copyIMG_5798 copyIMG_5760 copy

IMG_5842 copy
IMG_5839 copy

IMG_5589

Historia samego wędzenia jest jeszcze ciekawsza i wywodzi się z… ubóstwa. W Szwecji, z powodu niekorzystnego klimatu, utrudnień geologicznych (mnóstwo kamieni, pozostawionych przez lodowiec uniemożliwiało w niektórych miejscach uprawy) przez pewien okres panowała straszliwa bieda. Obecnie Szwecja jest krajem o stabilnej, dobrej pozycji ekonomicznej, jednak niektóre zwyczaje wynikające niegdyś z ubóstwa pozostały i na dobre zakorzeniły się w szwedzkiej kulturze. Tak właśnie było z wędzeniem ryb. Początkowo, podobnie jak inne przysmaki, wieszano je u powały niewielkich, drewnianych chat. Miało to uchronić je przed dziećmi i zwierzętami, które żyły w jednej izbie. Na środku znajdowało się palenisko, zaś dach miał w tym miejscu zwykłą dziurę, zastępującą komin. Bardzo szybko okazało się, że ryby i mięso, owiewane dymem, mają znacznie większą trwałość niż surowe. Wynaleziono metodę wędzenia na zimno. 
Jakiś czas później, gdy technika poszła już nieco na przód, zaczęto budować kominy. Szwedzi nie chcieli jednak rezygnować z wędzenia ryb, wpadli zatem na pomysł wieszania ich u wylotu komina. Panująca tam temperatura była jednak znacznie wyższa, więc uwędzone ryby zyskiwały inny smak, aromat, barwę i strukturę mięsa. Takie były początki wędzenia na ciepło. 
Odwiedzając gościnną wędzarnię mieliśmy okazję spróbować łososia bałtyckiego wędzonego obiema metodami - w życiu nie jadłam lepszej ryby! 

IMG_5775 copy
IMG_5773 copy

IMG_5774 copy
IMG_5778 copyIMG_5788 copyIMG_5776 copy

A tak wygląda piec wędzarniczy: 

IMG_5801 copy

Oraz jego smakowite wnętrze: łososie, śledzie i węgorze. 

IMG_5830 copy
IMG_5813a

Jak już pisałam, w Szwecji większość zwyczajów wywodzi się z biedy. Dlatego nie zdziwiła mnie informacja, że w czasie niedostatku jednym z największych przysmaków była zupa z owoców dzikiej róży, której w skandynawskim klimacie jest faktycznie mnóstwo. Przepis podstawowy obejmuje owoce róży, wodę, sok z cytryny i odrobinę cukru. Wszystko to gotuje się i miksuje, doprawiając w miarę możliwości mlekiem, słodką śmietanką lub lodami waniliowymi (nabiał i mleko są istotnymi produktami tutejszej kuchni - podobnie jak Finowie, Szwedzi piją mnóstwo mleka). Wcześniej nie słyszałam o tej potrawie, muszę jednak koniecznie spróbować - może jeszcze w tym roku, wszak sezon jeszcze się nie skończył.


IMG_5573 copy

IMG_5617 copy
IMG_6105
IMG_5842 copy

Również charakterystyczny, rdzawoczerwony kolor szwedzkich domów ma swoje korzenie w ubóstwie. Jest to tak zwana falu rödfärg – czerwień z Falun. Jej główne pigmenty pochodzą z odpadów kopalni miedzi w miejscowości Falun - tam, gdzie odbywają się obecnie zawody w skokach narciarskich. Szlam, opiłki, drobiny i pyły żelaza, krzemu, miedzi, cynku, z domieszką aluminium i ołowiu (tak, toksyczne ;)) były dokładnie mielone, mieszane z olejem lnianym i mąką i wykorzystywane do malowania domów. Nic nie może się zmarnować, a nawet w czasach ubóstwa szwedzka estetyka nie mogła cierpieć.
 
IMG_6081 copy

Kolejną skandynawską ciekawostką jest pieczywo. Szwedzi wypiekają je ponoć samodzielnie, zazwyczaj z gotowych mieszanek - znaczniej rzadziej sięgają po wyroby sklepowe. Szwedzki chleb jest słodkawy, zaś masło - słone. Istotnie: to które mieliśmy okazję próbować, przypominało w smaku stare, dobre, polskie masło z lat 90, które - tak na marginesie - było wówczas produktem typowo PRLowskim, podobnie jak wyroby czekoladopodobne. Obecnie słone masło jest w Polsce wyrobem niemal luksusowym, o cenie średnio 3 razy wyższej niż masło “normalne”  ;) 

Warto również wspomnieć o tradycyjnym, szwedzkim chrupkim pieczywie razowym Knäckebröd - u nas znanym jako Wasa. Pieczone jest również w domach, z czym raczej nie spotkałam się w Polsce. Próbowaliśmy takiego w Marinmuseum w Karlskronie: istotnie, smakowało jak “sklepowe”. 

IMG_5936 copy

IMG_5921 copy

Skoro już o Muzeum Morskim mowa: odwiedzając Karlskronę warto wstąpić tam na lunch. Na warunki polskie nie jest tani (a co w Szwecji jest?...), bo posiłek kosztuje tu 90 SEK za osobę (czyli jakieś 45 zł), ale zdecydowanie warto - zwłaszcza, że obowiązuje zasada “jesz ile chcesz” a w cenie jest jeszcze sok z borówek, piwo, kawa, herbata, pieczywo, sałatki itd. Spróbowaliśmy tam chyba wszystkich dostępnych potraw  - dawno nie wyszłam z knajpy tak przejedzona :)

IMG_5928 copy
IMG_5925 copyIMG_5934 copy
Największe wrażenie zrobiły na mnie placki ziemniaczane podawane z boczkiem (raggmunk med fläsk) i borówkami (lingon), a także puree ziemniaczane przyprawione czymś trudnym do zidentyfikowania (może kminek? jeszcze nie rozgryzłam tej zagadki). Adam zajadał się zapiekanką z ryby ze śmietaną i ziemniakami. Nie było natomiast köttbullar, ale nie szkodzi - sama sobie zrobiłam po powrocie ;) 


Kolejna opowieść związana jest z prawdziwą szwedzką delicją: śledziem kiszonym (surströmming). Jest to potrawa dość… specyficzna, niezbyt popularna poza Szwecją. Ten - raczej wątpliwy - przysmak składa się z fermentowanych śledzi bałtyckich, przechowywanych w puszkach (których fermentacja przebiega nadal, stale podnosząc ciśnienie wewnątrz - więc po kilku miesiącach przechowywania puszki mocno się wybrzuszają; z tego powodu niektóre linie lotnicze zakazały przewożenia surströmming na swoich pokładach). 

O jego aromacie najwięcej może nam powiedzieć fakt, że producent odradza otwieranie puszki w zamkniętym pomieszczeniu - najlepiej robić to na wolnym powietrzu lub pod wodą. 
Ciekawa historia wiąże się z tą potrawą. Legenda głosi, że jeden wiking schował złowionego śledzia pod kamieniem przed drugim wikingiem. I zapomniał. Kiedy śledź przypomniał o sobie swoim zapachem, odważny wojownik zaryzykował, odkrył kamień, spróbował - wszak nie może się zmarnować! - i tak wzbogacił tradycyjną kuchnię szwedzką o nową recepturę. Obecnie Szwedzi spożywają kiszonego śledzia na cienkim chlebie, z warstwą posiekanej cebuli i plastrem gotowanego ziemniaka, a zapijają… mlekiem. Albo wódką. Na zdrowie! ;) 

IMG_5867 copy

Na koniec esencja kuchni szwedzkiej - borówki. Konfiturę z borówek podaje się tu praktycznie do wszystkiego - w formie sosu, dżemu, galaretki o różnym stężeniu cukru. Wybornie podkreśla smak mięsa i jest niezbędnym dodatkiem do kottbullar

IMG_5934 copy


IMG_5972 copy
IMG_5947 copy

 

comments powered by Disqus