Jak wybrać suknię ślubną?

Nie, nie będzie to wpis z gatunku “jak dopasować krój do sylwetki”, bo tego przecież w internecie pełno. Tym razem chciałam skoncentrować się na aspekcie zdecydowanie pomijanym, a - moim zdaniem- najważniejszym. Jakość.

Jeśli wydaje Ci się, że kupując suknię w salonie możesz być pewna jej jakości, jesteś w błędzie. Tak wielkim jak w chwili, kiedy pomyślałaś “hmm, wybieranie sukni ślubnej, to powinno być proste!”.

Nie jest. Od mojego ślubu minęły już co prawda dwa lata, ale wciąż pamiętam to uczucie rozczarowania towarzyszące mi przy kolejnych wizytach w salonach. Nie ma chyba w Warszawie salonu, którego bym nie zwiedziła. Poszukiwania tej idealnej rozpoczęłam niemal zaraz po zaręczynach, półtora roku przed ślubem.

Pragnęłam ideału, który urzeknie mnie krojem, nie będzie kłócił się z moją osobowością i temperamentem oraz dopasuje się do wymarzonego stylu wesela. Niezbyt strojna ale i niezbyt skromna, klasyczna z nutką nowoczesności. Pełna nadziei umawiałam wizyty w kolejnych sklepach, a poczucie zawodu i niedosytu rosło. Żeby nie było - nie jestem kapryśna, ale też nie zadowalam się byle czym. Wchodziłam z określonymi oczekiwaniami, wybierałam jedną-dwie suknie spełniające kryteria, mierzyłam i… każdorazowo, niezmiennie, wysłuchiwałam ochów i achów konsultantki, zdeterminowanej by nie wypuścić mnie bez podpisania umowy i ściągnięcia zaliczki. Bywały chwile, gdy - zmęczona i sfrustrowana - już, już prawie dałam się namówić. Na szczęście w ostatniej chwili do głosu dochodził rozsądek - czy może serce - nie pozwalające kupić sukni, do której nie poczułam mięty.

Finalnie sukienkę musiałam sprowadzić z Londynu bo TEN model, wyśniony, wymarzony, znaleziony w internecie na stronie projektanta akurat nie wszedł do kolekcji w Polsce. Jednak do momentu ostatecznej decyzji przymierzyłam mnóstwo modeli, a obejrzałam z pięć razy więcej. 

Wnioski po wizytach w większości salonów były smutne. Przynajmniej połowa oferowanych sukien była po prostu… marna. Oczywiście nie piszę tu o kroju czy stylu, bo ten przecież jest sprawą mocno indywidualną. Ale materiał, sposób uszycia, wykonania detali - naprawdę niewiele modeli trzymało jakikolwiek poziom. W kilku salonach (nie chcę podawać nazw ale zdradzę, że jeden znajduje się w Centrum, jeden na Mokotowie, dwa na Pradze Południe - wszystkie śliczne, profesjonalne, oferujące kolekcje znanych projektantów - a przynajmniej oficjalnie...) jakość nie różniła się od sukni za 500 zł sprzedawanych na bazarze (specjalnie pojechałam, pomacałam, sprawdziłam by porównać). Porażka. 

Jak zatem nie dać się naciąć? Jakie kryteria powinna spełnić DOBRA suknia ślubna? Przecież wydajemy na nią przeciętnie 2-4 tysiące złotych, warto byłoby więc wiedzieć, za co płacimy.

 

Dobra suknia ślubna:

  • dobrze się trzyma - model bez ramiączek nie zjeżdża z biustu, bo podtrzymywany jest przez solidnie wykonany gorset

  • nie deformuje sylwetki, a zwłaszcza biustu

  • jeśli ma fiszbiny - układają się dobrze przy ciele, nie odstają, nie prześwitują, nie uwierają; są elastyczne i dobrze obszyte

  • nie elektryzuje się (ani Twoich włosów)

  • kolor materiału (zwłaszcza biel, ale i kość słoniowa czy śmietanka) wygląda naturalnie i stylowo

  • koronki ani żadne inne elementy nie „gryzą"

  • tiul jest miękki, delikatny, dobrze się układa

  • ma dobrze wykonaną również warstwę wewnętrzną, tą najbliżej ciała - bo to ona decyduje o tym jak sukienka leży

  • guziki, suwak dobrej jakości, dobrze zabezpieczone (niewidoczne, o ile nie mają pełnić funkcji ozdobnej)

  • jest wygodna - mimo kilku warstw, trenu i halki nie będziesz miała ochoty rozebrać się w połowie wesela.

 

Kiepskiej jakości suknia ślubna:

  • ma słabej jakości aplikacje i widać to gołym okiem (tiul i wzory “firankowe”)

  • wykonana jest z poliestru lub innych tworzyw sztucznych

  • „tandetna” w dotyku

  • jest "zbyt biała", takim sztucznym odcieniem bieli - niemal błękitnawa i nadmiernie błyszcząca

  • źle wykończona - wystające nitki, krzywe szwy, nierówne brzegi

  • nie dopasowuje się do sylwetki, odstaje, zjeżdża

  • tiul jest sztywny

  • elementy ozdobne, perełki, kryształki, aplikacje są doklejone a nie doszyte

  • spód sukni dla oszczędności wykonany z gorszej jakości materiałów (często sztucznych, z dużą domieszką poliestrów)

  • odstające, źle zabezpieczone, często wychodzące na wierzch i po prostu kłujące fiszbiny

  • jest niewygodna, ciężka, sztywna - po kilkunastu minutach przymiarek masz już ochotę ją zdjąć.


Jeśli egzemplarz, który masz na oku spełnia któreś z kryteriów “kiepskiej sukni ślubnej”, szukaj dalej. Nie warto męczyć się w sztucznym, niewygodnym, poliestrowym śpiworze tylko dlatego, że masz już dosyć poszukiwań a pani w salonie usłużnie jęczy na Twój widok z zachwytu. Zawsze jęczą - chcą, żebyś wreszcie kupiła.*

Dlatego akcję “suknia” najlepiej rozpocząć jak najwcześniej, tuż po lub przed sezonem ślubnym. Wtedy i ceny są niższe, i łatwiej o termin przymiarek oraz indywidualne podejście. W sezonie sukienkowym, czyli kwiecień/maj/czerwiec przerób jest tak niesamowity, że trudno się dodzwonić.

Absolutne minimum to pół roku, chociaż wiele salonów zastrzega sobie i ośmiomiesięczny czas oczekiwania na sprowadzenie/uszycie danego modelu. Aby uniknąć stresu, nie warto czekać do ostatniej chwili. Dzięki temu zawsze zostanie zapas czasu na ratowanie ewentualnych katastrof.

 

0242_Sesja_Czajniki_II_261020130026_Sesja_Czajniki_II_261020130109_Sesja_Czajniki_II_261020130132_Sesja_Czajniki_II_261020130011_Sesja_Czajniki_II_261020130054_Ania_Adam_170820130073_Ania_Adam_170820130075_Ania_Adam_170820130006_Sesja_Czajniki_I_290920130025_Sesja_Czajniki_I_29092013
 


*oczywiście jak zwykle w moich tekstach hiperbola jest celowa, specjalnie wyolbrzymiam i przesadzam. Spotkałam się z wieloma profesjonalnymi salonami i pracującymi w nich osobami. Warto jednak zwracać uwagę na niefajne tendencje panujące w przemyśle ślubnym - “pannie młodej trzeba przytakiwać, to więcej kupi”.

 

comments powered by Disqus