Jestem feministką

Jestem feministką. Tak, feministką. Z całym moim konserwatyzmem, tradycyjnym modelem życia i rodziny, staroświeckimi poglądami. Mój feminizm jest feminizmem opartym na poczuciu własnej wartości. Siły. Wiary w siebie. Świadomości kompetencji i samodzielności. Ale jest też wymagający - od siebie i od mężczyzn - wzajemnego poszanowania, współpracy, zaangażowania.

Mój feminizm pozwala mi robić karierę, doktorat, mieć pasję. Małżeństwo i relacja z mężem nie są jedynym sensem mojego życia, choć moje życie jest wokół nich osnute; z małżeństwa czerpię siłę, by realizować swoje plany i marzenia.

Wyszłam za mąż za mężczyznę ekstremalnie wręcz męskiego. Kiedy jesteśmy sami, rzuca durne żarty z gatunku „babo, do garów”. Czasem protekcjonalnie całuje mnie w czubek głowy podkreślając (co za dupek!), że jest ode mnie większy, wyższy, silniejszy. I ma z tego niebotyczną uciechę! 

W biurze nie pozwala mi (widzicie? pan i władca, same zakazy!) parzyć klientom kawy, podać cukru, przynieść mleka. Mówi, że musi dbać o mój wizerunek - żeby nikt nie pomyślał, że robię takie rzeczy bo jestem kobietą. Jeszcze nigdy nie pozmywałam po spotkaniu szklanki. Mimo, że prowadzimy razem firmę ponad rok.

Mój mąż czasem na mnie krzyczy - gdy kłócimy się o sprawy firmowe. Mówi, że nie ma taryfy ulgowej, że teraz traktuje mnie jak wspólnika z głupimi pomysłami, nie jak żonę. W sumie ja krzyczę na niego jeszcze głośniej.

Mój mąż opiekuje się mną. Czasem jest dominujący - pilnuje, żebym się nie przemęczała; nie pozwala mi wracać samej późną nocą z imprez do domu; sprawdza, czy zjadłam obiad. A ja - o zgrozo - pozwalam mu na to, kosztem „samodzielności”, „niezależności” i dumnego, babskiego uporu z gatunku „ja sama”.
Świadoma swoich słabości godzę się na tę męską dominację.

W innych momentach mój - równie świadomy swoich słabości - mężczyzna oddaje kontrolę mi. Mój mąż nie lubi się z kalendarzem, nie znosi planować, zapomina o spotkaniach i gubi rzeczy. Pilnuję więc, żeby założył szalik. Umawiam mu wizyty u fryzjera. Dopisuję ważne terminy w kalendarzu. Przypominam o Dniu Matki i kupuję w jego imieniu prezenty. A on godzi się na tę babską dominację. 


Jestem świetnym strategiem, życiowo i biznesowo. Robię długoterminowe plany, ustalam hierarchię celów, pilnuję ich realizacji. Mój mąż tego nie cierpi, woli działać - ratować sytuacje awaryjne, beznadziejne. Zostawia wszystko na ostatnią chwilę i kiedy wydawałoby się, że katastrofa jest tuż tuż - zawsze wychodzi z opresji zwycięsko. Zdaje się uwielbiać adrenalinę, być na krawędzi. Dlatego kiedy moje starannie układane plany w ostatniej chwili się sypią, do gry wchodzi on. Gdy mnie zżera stres, mąż z zimną krwią odkręca, organizuje, załatwia. Dzięki temu perfekcyjnie radzimy sobie ze wszystkim: nasze życie jest poukładane, zorganizowane, ale również spontaniczne i satysfakcjonujące. Pełnia.

Jesteśmy od siebie zależni. To niemodne, niepoprawne, nie powinnam się przyznawać. Kolorowe magazyny i poradniki psychologiczne krzyczą "autonomia!", "samodzielność!", "precz z uzależnieniem w związku!". Tymczasem my bez siebie jesteśmy niekompletni - w domu, w pracy. Uzupełniamy się. Jest mi niezbędny do życia, choć całkiem nieźle radzę sobie bez niego. Mam własnych znajomych, własne pasje, własne pomysły - choć wspólne plany.
On też całkiem dobrze ogarnia samodzielną rzeczywistość. Kiedy jestem chora potrafi ugotować obiad; postawiony pod ścianą braku czystych koszuli włączy pranie - i to na właściwy program.  Nie zginie beze mnie, choć żyć bez siebie nie możemy, nie chcemy.


Ten paradoks uzależnienia dającego wolność i pełnię jest kluczem do zrozumienia sensu małżeństwa, również  (a może zwłaszcza?) w interpretacji katolickiej. 

Wypracowaliśmy to sobie. Najpierw musieliśmy nauczyć się żyć razem, potem uczyliśmy się żyć bez siebie - tylko po to, żeby to "razem" było źródłem jeszcze większej satysfakcji. „Razem” jest bardziej wartościowe kiedy wynika ze świadomego wyboru. Kiedy jesteśmy pewni, że „samodzielnie” też jest do zrobienia, że nie jest takie przerażające - wtedy „razem” staje się decyzją, wyborem, filozofią życia. Nie jedyną możliwą opcja, naturalną konsekwencją czy wyjściem ewakuacyjnym.

Dlatego nie przerwałam pracy wychodząc za mąż. Przeciwnie, wzięłam na siebie dodatkowe zobowiązania, doktorat, własne projekty dające satysfakcję. Rozwijam się, idę do przodu, nie stoję w miejscu. Ale gdy kiedyś urodzę dziecko, pójdę na kilkumiesięczny urlop. Ja - nie mąż. Dlaczego? Bo noworodek potrzebuje matki, taka jest nasza biologia. To moje serce będzie słyszeć przez 9 miesięcy i to jego rytm będzie je później uspokajał; to moje mleko będzie dla niego najlepsze. Są też względy ekonomiczne - mój mąż zarabia więcej. Jak to możliwe skoro prowadzimy wspólną firmę, zapytacie? Ano możliwe - to jego praca i kompetencje generują większą część przychodu. Jego studia - cięższe niż moje, i ogrom - większy niż mój - pracy włożonej w zdobywanie doświadczeń zawodowych procentują; dlaczego miałabym więc rościć sobie prawo do "równego” traktowania? Wybieram to, co lepsze dla rodziny - nie dla niego, nie dla mnie. Dla nas.

To ekonomiczny i emocjonalny rachunek zysków i strat. Po jednej stronie moje partykularne ambicje i rozwój (z którymi, tak na marginesie nie zamierzam się rozstawać ani w ciąży, ani po porodzie - pracować można zdalnie, dziecko nie zwalnia z myślenia, nie odziera z inteligencji, nie zajmuje wszystkich myśli). Po drugiej stronie - dobro dziecka, dobro domowego budżetu. Co byście wybrali, wybrały? 


Po jakimś czasie od urodzenia tego hipotetycznego dziecka wrócę do życia zawodowego, choć nie wiem na jak długo - marzy nam się co najmniej trójka, rodzina wielodzietna. Jeśli będzie trzeba, zrobię sobie nawet i dziesięcioletnią przerwę zawodową, bo takie mam priorytety. Mamy - uzgodniliśmy je, wynegocjowaliśmy wspólnie. Wiem gdzie jestem niezbędna i niezastąpiona; wiem gdzie spełnię prawdziwą misję, zbuduję coś trwałego i wartościowego - i z pewnością nie jest to firma ani uczelnia, choć wiele osób się ze mną nie zgodzi.

Wiem, na ile mnie stać. Wiem, jak dobra, jak wartościowa jestem - zawodowo i ogólnożyciowo. Czuję się silna. Czuję się kompetentna. Ale wiem też, z czym sobie nie radzę. Jakich kompetencji mi brakuje. Jakie cechy nie są moją mocną stroną. W czym jest ode mnie lepszy mój mąż. Nie widzę problemu, żeby to przyznać i pozwolić sobie pomóc, pozwolić się uzupełniać. Wiem, jak prosić o pomoc i jak przyjmować tę oferowaną bez proszenia.

To jak jest z tym moim feminizmem? Czy można być feministką z tradycyjnymi wartościami, trójką dzieci i dominującym, hipermęskim mężem? :)

comments powered by Disqus