Książka poniekąd kucharska. Joanna Chmielewska
Książki Joanny Chmielewskiej towarzyszyły mi od podstawówki. Pamiętam, gdy mama podsunęła mi - na początek - cykl przygód Tereski i Okrętki. Już wtedy stałam się wielbicielką specyficznego, niezwykle lekkiego, przewrotnego, nieco ironicznego stylu, okraszonego niepodrabialnym humorem. Potem poszło gładko - przeczytałam większość kryminałów, “Lesia”, autobiografię...

Niedawno - przy okazji cyklu “literackiego” na blogu - postanowiłam sięgnąć po “Książkę poniekąd kucharską”. Wcześniej jednak przeleżała w mojej biblioteczce ładnych kilka tygodni, czekając na swoją kolej… Gdy uporałam się z najpilniejszymi sprawami i postanowiłam po nią sięgnąć, gruchnęła wiadomość o śmierci pani Joanny. Przede wszystkim - ogromny żal i smutek, że już nigdy nie wyda nic nowego, skazując czytelników na sięganie wciąż i wciąż do tych samych książek.
Zaraz potem pojawił się dylemat - wrzucać tekst na bloga, nie wrzucać? Poczekać, aż żałoba wybrzmi do końca, poczekać jeszcze chwilę z nieudolnymi próbami sklejenia zabawnego, błyskotliwego tekstu o książce, która przecież nie należała - ani nigdy nie aspirowała - do kanonu najlepszych dzieł Chmielewskiej? Minęło już jednak trochę czasu, doczytałam “Książkę poniekąd kucharską” do końca, po raz setny przewertowałam Lesia w poszukiwaniu niezawodnie rozweselających cytatów - nadszedł więc chyba odpowiedni moment, aby opublikować tę notkę.

IMG_1141 copy

“Książka poniekąd kucharska” to dość luźny zbiór anegdot i przygodnych receptur na potrawy bliskie sercu autorki. Czytelników zaznajomionych ze stylem pani Joanny z pewnością nie zdziwi specyficzna konstrukcja i język publikacji. Pozostałych muszę lojalnie uprzedzić: książki Chmielewskiej są...specyficzne. Swobodne, pozornie chaotyczne, wręcz frywolne - jak luźno spisany monolog wewnętrzny, okraszony sporą ilością humoru. Dobrą zapowiedź stanowią już pierwsze zdania książki: “Aby ugotować cokolwiek, należy wejść do kuchni. Dobrze przy takiej okazji mieć pod ręką telefon, a w pamięci - numer pogotowia.” Im dalej - tym gorzej. Autorka radzi, aby już na wstępie pozbyć się złudzeń co do jej talentów kulinarnych. Jeśli szukamy rzetelnych, sprawdzonych, wyszukanych przepisów - droga wolna, szukajmy do woli. Gdzie indziej. “Książka poniekąd kucharska” stanowi raczej spis porad wszelakich, wywodzących się z wieloletniego doświadczenia kucharki przygodnej, zajętej pracą zawodową, na każdym kroku poszukującej skrótów i ułatwień. Dowiadujemy się zatem na przykład, że przy obieraniu cebuli najlepiej jest zostawić ogonek, który ułatwia krojenie. Trzymamy za ten ogonek i cebula się nie wyślizguje.

Oprócz porad praktycznych otrzymujemy także listę teoretycznie (i praktycznie) możliwych katastrof. Oraz sposobów radzenia sobie z nimi. Czasem wystarczy przetrzeć przez sitko (jak rozgotowaną fasolę, która po przeciśnięciu przez durszlak i wymieszaniu z majerankiem została podana jako...mus fasolowy). Czasem wystarczy surowy ziemniak wrzucony wprost do gara, by uratować przesolony rosół. Czasem zaś po naszych działaniach potrawa nie nadaje się kompletnie do niczego i należy ten fakt najnormalniej w świecie zaakceptować.

Jednego nie mogę pani Joannie wybaczyć - zamiłowania do wszelakich rosołków i bulioników z papierka. Nie mogę, nie chcę, nie umiem - mam wstręt, odruchowo nie doczytuję do końca przepisów zaczynających się od “do gotującej wody wrzuć kostkę rosołową”. Nie akceptuję. “Książkę poniekąd kucharską” doczytałam jednak szczęśliwie do końca i nie żałuję.
Jak to zwykle bywało w przypadku książek Chmielewskiej, również i w tym przypadku zaśmiewałam się podczas lektury do nieprzytomności, zastanawiając się jednocześnie resztą rozumu, czy to aby wypada tydzień po pogrzebie autorki. Myślę jednak, że nie miałaby nic przeciwko. “Książkę poniekąd kucharską” odkładam już do biblioteczki, ale jastem przekonana, że nie raz do niej wrócę. Po porady, po przepisy lub po zdrową porcję humoru.
comments powered by Disqus