Młoda doktorka z roszczeniami

Dziś na dzień dobry przeczytałam sobie artykulik. Nauczona dotychczasowymi doświadczeniami nie powinnam była w ogóle klikać w link zaczynający się od www.wyborcza.pl… Ale nieeeee, musiałam. Musiałam, bo link opublikowało wielbione przeze mnie fejsbukowe Życie z Otwartym Przewodem  
Więc przeczytałam i na dzień dobry zgotowałam sobie niemałego wścieka. W skrócie zaś: pani, lat 30, świeża doktorka (nie moje to określenie, choć jakże trafne!), żali się na brak pracy, brak perspektyw, brak grantów, w konsekwencji zaś decyduje na wyjazd z kraju - co generalnie wpisuje się w nurt Gazetowego narzekania na brak perspektyw dla “młodych, wykształconych, z ambicjami”. Emigracja z paskudnej Polski w poszukiwaniu możliwości - klasyka. Po szczegóły odsyłam do źródła (źródełka może raczej).

Tekścik napisany nawet zgrabnie (w końcu studia trzeciego stopnia autorka ukończyła, to jakieś kompetencje daje…) cóż jednak z tego, skoro w swoim przekazie kompletnie niewiarygodny. A jeśli nawet prawdziwy - to jako społeczeństwo mamy poważne powody do obaw o jakość naszego szkolnictwa wyższego. No bo tak: trzydziestka na karku, duże miasto, 9 lat studiów za sobą, a autorka tekstu dopiero po obronie rozpoczyna poszukiwanie pierwszej (!) pracy. Zatem pięć lat studiów magisterskich oraz trzy-cztery doktoranckich zleciały na radosnym “uprawianiu nauki” na koszt rodziców lub podatników fundujących stypendia, tak? Doświadczenie zawodowe niemal zerowe, tak? I teraz zdziwienie, że o pracę ciężko i trzeba wysyłać CV na stanowiska asystentki/sekretarki, tak? No to sorki amorki, lajf is brutal.

Wielokrotnie słuchałam opowieści moich kolegów-doktorantów o tym, jak ciężko jest zaaklimatyzować się w “realnym świecie” po opuszczeniu cieplutkich ramion akademickiej alma mater. Studia doktoranckie to wspaniałe przedłużenie dzieciństwa i odsunięcie odpowiedzialności i znoju dorosłego życia - nawet jeśli rodzicielskie źródełko finansowania wyschnie, przy minimalnym wysiłku (studia humanistyczne w końcu…) zdobędziesz stypendium lub dwa, co daje jakąś tam (minimalną, ale jednak) kasę na utrzymanie, tanie mieszkanko studenckie i nawet imprezę raz na jakiś czas. Been there, done that. W najlepszym okresie ze stypendiów wyciągałam jakieś 3 - 3,5 k zł miesięcznie.

Nigdy jednak nie przyszło mi do głowy, żeby zrezygnować ze zdobywania doświadczeń zawodowych. Miałam świadomość, że czas niestety nie gra na moją korzyść i w chwili, kiedy ja beztrosko korzystać będę z przywilejów stypendystki i nurzać w radościach pracy intelektualnej, pięćdziesięciu świeżutkich magistrów będzie akurat wyprzedzać mnie w wyścigu po stabilną pracę i jakiś tam prestiż zawodowy w przyszłości. Tak, chciałabym móc skupić się jedynie na pisaniu doktoratu. Byłaby to sytuacja niesamowicie komfortowa. Ale - mimo że w tej chwili z powodzeniem mogłabym sobie na to pozwolić - nie biorę tej opcji pod uwagę. Uważam ją za marnotrawstwo czasu i potencjału.

Pracuję nieprzerwanie od siedmiu lat, czyli od drugiego roku studiów licencjackich. Miałam 20 lat kiedy wyprowadziłam się z domu, wynajęłam z przyjaciółką niedrogie mieszkanie i znalazłam stabilną pracę. Najpierw były oczywiście staże, praktyki (często o zgrozo! bezpłatne), potem pierwsze “poważne” zatrudnienie w start-upie, korporacja. W pewnym momencie (prawie cały semestr) pracowałam na całym etacie, studiując jednocześnie na dwóch wydziałach. O 8:00 pierwsze zajęcia, około 10 - praca, od 19 do 21 drugi wydział. Oba kierunki niby dziennie, ale część zajęć internetowo, część zblokowana w weekendy (co oznaczało brak wolnego i ciągłą pracę/naukę od poniedziałku do niedzieli, od 8:00 do 22:00 przez miesiąc lub dwa z rzędu), część zajęć ze studentami wieczorowymi.

Teraz robię doktorat. Kolejny rok otrzymuję stypendium. Grantu nie dostałam, bo nie wyrobiłam się z papierami w terminie, mój błąd, za słabo się postarałam. Spróbuję w kolejnym rozdaniu ale gdy mój wniosek zostanie odrzucony, winy najpierw poszukam w sobie. Uznam, że najwyraźniej nie umiałam go napisać skutecznie - przecież reguły otrzymania grantów są znane i sorry, ale nie wierzę w bajki o złośliwości czy stronniczości komisji. Prędzej braku kompetencji czy niestaranności w czytaniu wniosków, ale osoba jako-tako zorientowana w temacie grantów doskonale zna zasady i technikalia tego procesu i wie, jakie sztuczki, słowa kluczowe i sposoby formułowania myśli zwiększają, a jakie zmniejszają szansę na powodzenie aplikacji. Dokładnie tak samo jak w przypadku dotacji unijnych. Komisja sczytuje aplikację w poszukiwaniu określonych słów, zwrotów podanych w konkretny sposób. Przy ocenie kilkudziesięciu (czy wręcz kilkuset) zgłoszeń siłą rzeczy musimy liczyć się z tym, że część z nich może być analizowana pobieżnie. I to właśnie rolą autora jest przygotować aplikację w taki sposób, żeby ułatwić komisji wychwycenie głównej myśli przewodniej i kluczowych elementów twojego zgłoszenia. Takie realia. Informacje o tym krążą w sieci, wystarczy poczytać kilka forów internetowych albo nieoceniony blog ekulczycki.pl. Przygotować się do tego. Nie dostałeś grantu? W większości przypadków oznacza to jedno - nie umiesz napisać wniosku. 

Najłatwiej jest zwalić winę na niedobrego profesora  oceniającego. Przecież co złego to nie ja, to inni zawsze robią mi krzywdę. Tymczasem rzeczywistość jest bezlitosna, ale dość prosta do ogarnięcia. Nie umiesz napisać dobrego wniosku o grant? Trzeba było się nauczyć. Studia doktoranckie dają wiele ku temu sposobności - nie trzeba wszak doktoratu, żeby ubiegać się choćby o Preludium z NCNu, które jest fantastyczną okazją by potrenować składanie aplikacji o dofinansowanie badań. Studia doktoranckie to takie przedszkole dla naukowców. W niemal przyjaznej, szklarniowej atmosferze pozwalają nabyć kompetencje niezbędne do realizacji dalszej kariery naukowej - w tym również pisania artykułów, wystąpień na konferencjach czy właśnie ubiegania się o granty. Nie chciało się robić projektów badawczych na studiach doktoranckich? To co właściwie na tych studiach robiłeś, i - przede wszystkim - na co Ci doktorat? Jako potwierdzenie osiągnięcia kolejnego poziomu wtajemniczenia? Przydatny papierek? Certyfikat poświadczający zostanie doktorem, a więc wreszcie “kimś”?

Coraz więcej mamy tych bezużytecznych, wymęczonych doktoratów i w konsekwencji - niekompetentnych, życiowo bezradnych (i równie wymęczonych) doktorów. Wkurza mnie to niebotycznie, bo przez takie podejście wartość mojej - ciężkiej, ale wynikającej z pasji - pracy naukowej się dewaluuje. Wystarczy przecież przestudiować te cztery doktoranckie lata tak samo, jak przestudiowało się studia magisterskie, zrobić jakieś tam badanko, opisać je w miarę zgrabnie (pisanie raportów i esejów my, humaniści, mamy wszak opanowane do perfekcji, choć - na marginesie - przeglądając niektóre prace magisterskie czy nawet doktorskie i w to czasem wątpię). I już tytuł w kieszeni. W mojej (ale nie tylko) opinii spora część obecnych doktoratów nie nadawałaby się nawet na przeciętne prace magisterskie. I potem ci pożal się Boże doktorzy odbierają swoje dyplomiki i hajda! w świat ze swoimi roszczeniami. Mają wszak dwie magiczne literki przed nazwiskiem, świat leży u ich stóp. Zderzenie z rzeczywistością jest jednak bolesne - i dobrze.

Słuchałam niedawno rozmowy dwóch kandydatów na studenta trzeciego stopnia jednego z prestiżowych uniwersytetów, kierunek oczywiście humanistyczny. Ich zdziwienie koniecznością przedstawienia koncepcji swojej potencjalnej pracy doktorskiej było uroczo naiwne, ale i przerażające. Człowieku, no i czemu pchasz się do kariery naukowej (bo przecież właśnie tę drogę implikują studia doktoranckie!), skoro nie masz nawet pomysłu na swoje badania? Co chcesz tu robić, na co liczysz? Że promotor przeprowadzi Cię za rączkę, tak jak było to przed uzyskaniem tytułu magistra?

Nie wiem z czego to wynika. W sumie to dobry temat na doktorat. “Brak inicjatywy naukowej a poziom rozczarowania po uzyskaniu dyplomu”. Albo “Poziom przygotowania do życia współczesnych doktorów - metaanaliza, implikacje, prognozy”. Ktoś chętny? ;)

comments powered by Disqus