Neurodydaktyka to bzdura, a ja jestem tchórzem

Kiedy niecały rok temu pisałam tę recenzję, powinnam być odważniejsza. Powinnam była bardziej precyzyjnie wyrazić swoje wątpliwości, zamiast łagodzić każdy zarzut i ukrywać je pod wyuczoną, kanapkową strukturą informacji zwrotnej: „coś miłego, dużo miłych banałów, troszkę krytyki, jeszcze odrobinę miłego na koniec”. Powinnam była wykorzystać lepiej lata spędzone na studiowaniu neuropsychologii i zrobić z mózgu - oraz umiejętności pisania - właściwy użytek. 

Wczoraj przeczytałam list Komisji Neurobiologii PAN do Ministra Edukacji Naukowej, będący jednocześnie opinią o zdobywającej (o zgrozo!) popularność książce dr Marzeny Żylińskiej - „Neurodydaktyka. Nauczanie i uczenie się przyjazne mózgowi”. Książce nierzetelnej, pełnej błędów, niesprawdzonych hipotez. Książce pisanej i recenzowanej przez germanistę (!) zamiast neurobiologa. Książce, którą środowisko pedagogiczne się zachwyca, a której ja - w obawie przed krytyką ze strony tegoż środowiska - nie byłam w stanie zjechać tak bardzo, jak bym chciała. Żałuję. W ramach pokuty publikuję tę moją tchórzliwą, pełną banałów recenzję, jednocześnie zachęcając Was do zapoznania się z opinią KN PAN. Książka Żylińskiej robi krzywdę całej społeczności naukowej i edukacyjnej, a ja chyba wreszcie umiem powiedzieć, że cholernie mi się to nie podoba. 

Powinnam była większy nacisk położyć na wszystkie nieścisłości, błędy, bzdury pojawiające się w książce. Otwarcie skrytykować podjęcie tematu neurobiologicznego przez osobę nieposiadającą kompetencji w tym zakresie. Czy germanistka i metodyk nauczania może stać się autorem rzetelnego opracowania neurobiologicznego? Być może, jednak wymagałoby to wielu lat uzupełniania wykształcenia, przekopywania się przez bieżące publikacje i zgłębiania tajników dyscypliny. Zdecydowanie nie da się zostać ekspertem od "neurodydaktyki" w ciągu kilku miesięcy potrzebnych do napisania książki, bo efekt będzie łatwy do przewidzenia: pseudonaukowa bzdura, quasi-wikipedyczny gniot mieszający w głowach pedagogom niezdolnym do odróżnienia naukowego faktu od atrakcyjnej, ale kompletnie niezgodnej z rzeczywistością tezy forsowanej przez autora. 
 

 

Poniżej pełna treść opinii opublikowanej na stronie Komitetu Neurobiologii PAN: 

Autorka przedstawia niezgodny ze stanem faktycznym obraz funkcjonowania układu nagrody twierdząc, że jądro półleżące jest jądrem zawierającym neurony dopaminergiczne. Jest to uchybienie na poziomie podstawowym, co można zweryfikować w podręcznikach do neurobiologii i neurofizjologii. Dr Żylińska wielokrotnie prezentuje albo błędne albo niesłychanie uproszczone, wręcz  karykaturalne, rozumienie funkcji neuroprzekaźników i neuromodulatorów. Z opisu neuroprzekaźników zamieszczonego na str. 28 wynika, że Autorka zalicza do tych substancji kortyzol, który tylko „popularnie” nazywany jest „hormonem stresu”. Kortyzol nie jest neuroprzekaźnikiem i nie jest wydzielany w synapsach komórek nerwowych, lecz w gruczołach nadnerczy, a jego mechanizm działania jest inny niż mechanizm działania neuroprzekaźników. 

Potępiając tradycyjny system nauczania i zachęcając do swoich koncepcji edukacyjnych, Autorka w sposób bardzo wątpliwy podnosi argumenty związane z wydzielaniem neuroprzekaźników: „Jeśli nie potrafi podać argumentów wyjaśniających powody konieczności rozróżniania glaukonitów  od euglenin czy sprzężnic, a mózg ucznia – co zrozumiałe – sam ich nie znajduje, to trudu nauki nie  podejmuje i neuroprzekaźników nie uwolni”, „dobrze zorganizowana (nauka) przestaje być  uciążliwym zajęciem i prowadzi do uwalniania dopaminy, co jest silnym motywatorem do dalszej pracy.” Są to przykłady przeplatania się ocen Autorki dotyczących systemów edukacyjnych i ich pseudo-uzasadniania komentarzami zawierającymi pojęcia neurobiologiczne, z pominięciem odwołania się do rzetelnej wiedzy w tej dziedzinie.  Neuroprzekaźniki są przede wszystkim bardzo zróżnicowane, pełnią bardzo różne funkcje w mózgu i przypisywanie im roli „koktajlu” (jak to określa Autorka), który dobroczynnie wpływa na procesy edukacyjne bardziej obraz zaciemnia, niż cokolwiek wyjaśnia. Dopamina pełni ważne funkcje nie tylko we wspomnianym przez Autorkę układzie nagrody. W chorobie Parkinsona, której podłożem jest degeneracja neuronów dopaminergicznych w tzw. istocie czarnej, dochodzi do zaburzeń poznawczych i do zaburzeń ruchowych. Z kolei w przypadku zaburzeń psychotycznych (m.in. w schizofrenii) podawane pacjentom leki neuroleptyczne blokują jeden z receptorów dopaminy – receptor D2. Wskazuje to na ważną i złożoną rolę tego neuroprzekaźnika w naszym zachowaniu, gdzie ten sam neuroprzekaźnik, w zależności od tego, w którym ośrodku jest wydzielony, może pełnić różne funkcje. Prezentowanie swoich przekonań dotyczących modeli edukacyjnych w taki sposób, że w jednych modelach (proponowanych przez Autorkę) neuroprzekaźniki się wydzielają, a w innych (klasycznych) się nie wydzielają, jest przykładem uzurpowania sobie przez Autorkę wiedzy o mózgu w celu osiągnięcia swych celów w działalności publicznej. 

Wśród innych uchybień popełnionych przez Dr Żylińską część wynika z błędów terminologicznych. Dla przykładu: „Gęsta sieć połączeń często nazywa się obrazowo lasem dendrytycznym”, „neurony komunikują się z sobą za pomocą synaps, określanych również jako szczeliny synaptyczne”, „Kolce dendrytyczne są efektem uczenia się, a na ich zakończeniach powstają synapsy.”. 
W swojej książce dr Żylińska dotyka również problemów edukacji przedszkolnej twierdząc jakoby różnice obserwowane w testach psychologicznych między chłopcami i dziewczętami miały wynikać z neuroplastyczności mózgu (cytat: „Deficyty, o których tu mowa są skutkiem neuroplastyczności mózgu.”) i, że odpowiednio ujednolicona aktywność w wieku rozwojowym miałaby te „deficyty” między płciami wyrównywać. Pogląd taki nie ma oparcia w rzetelnych badaniach neurobiologicznych, których zresztą Autorka nie przytacza na poparcie przedstawianych tez. Jest to przykład nierzetelnego etykietowania swoich własnych przekonań rzekomą wiedzą neurobiologiczną. Dr Żylińska forsuje w swojej książce również pogląd jakoby pokolenie ludzi, które w ostatnich dwóch dziesięcioleciach zdobywało wiedzę za pośrednictwem nowoczesnych technologii, wykazuje na tyle duże różnice w strukturze mózgu względem starszych pokoleń (lub ludzi nieposługujących się tymi technikami), że należy je traktować jak „zupełnie innych ludzi” (Cytaty: „Zmiany, jakie pod wpływem kontaktu z nowymi technologiami dokonały się w mózgach dzisiejszych nastolatków mają o wiele większy i głębszy zasięg niż badacze skłonni byli przypuszczać.”, „Generacja, która wyrosła z komputerami, Internetem, telefonami komórkowymi, aparatami cyfrowymi, ipodami, ipadami, smartfonami i innymi cyfrowymi urządzeniami kumulującymi w małych obudowach coraz więcej funkcji, to zupełnie inni ludzie”). Nie ma w chwili obecnej naukowych przesłanek by formułować tego typu twierdzenia. Autorka, co prawda, cytuje opracowania Marca Prensky’ego (Digital Natives and Digital Imigrants, cz. 1 i 2), gdzie prezentuje on podobny pogląd, ale Prensky również nie przytacza żadnych badań naukowych, co spotkało się z ostrą krytyką ze strony Dr. Jamie McKenzie (redaktora naczelnego The Educational Technology Journal). Mózg uczy się zmieniając swoją strukturę, co wiadomo od dawna, ale próbując klasyfikować ludzi wedle zmian w strukturze mózgów wynikających z różnych doświadczeń musielibyśmy mnożyć te podziały w nieskończoność. Intencja dr Marzeny Żylińskiej wydaje się tu czytelna – skoro młode pokolenie to „zupełnie inni ludzie”, to stanowi to doskonałą przesłankę do stworzenia nowego systemu edukacji i wdrażanie go na szkoleniach, warsztatach, wykładach, poprzez wydawanie książek i materiałów szkoleniowych itd., co z dużą energią właśnie robi. 

Należy zwrócić uwagę, że książka będąca przedmiotem tej opinii nie była recenzowana przez eksperta z neurobiologii (recenzentem był germanista, podobnie jak Autorka). Ubolewamy, że niepoparte rzetelną wiedzą neurobiologiczną poglądy są wykorzystywane jako przesłanki do prowadzenia działalności w tak ważnej dziedzinie jaką jest edukacja. Fakt ten jest przygnębiający tym bardziej, że dr Marzena Żylińska robi to afiszując się funkcją doradczyni Ministra Edukacji Narodowej. Treści zawarte w „Neurodydaktyce” są podstawą programową szkoleń nauczycieli, które 
są organizowane w całym kraju, w tym wiele z nich w Centrach Kształcenia Nauczycieli. Co niezwykle istotne, adresatami szkoleń z „neurodydaktyki” prowadzonych przez dr Żylińską są osoby, które nie muszą i najczęściej nie mają wystarczających podstaw z neurobiologii by ocenić rzeczywistą wartość merytoryczną prezentowanych tam treści. 

Dr Marzena Żylińska jest też bardzo aktywna medialnie – głosi swoje poglądy, nieustannie powołując się na rzekomą wiedzę o mózgu, udzielając wywiadów w ogólnopolskich mediach np. ostatnio w Gazecie Wyborczej i rozgłośniach radiowych (e.g. TOK FM). Taki sposób prezentacji osiągnięć młodej i ciągle jeszcze niewystarczająco rozpowszechnionej w naszym Kraju dziedziny neurobiologii, jaki proponuje dr Żylińska w swojej książce i działając jako „reformator” edukacji, 
uważamy za bardzo szkodliwy. Wbrew temu, co uporczywie twierdzi dr Żylińska w swojej książce, współczesna neurobiologia nie osiągnęła jeszcze takiego poziomu by pozwolić na obiektywną ocenę efektywności systemów edukacyjnych czy wręcz np. instruować nauczycieli „jak powinna wyglądać dobra lekcja biologii czy historii”. Wstrzemięźliwość w rozbudzaniu zbyt dużych nadziei i unikanie bezkrytycznego wykorzystywania aktualnych osiągnięć neurobiologii w nauczaniu zaleca wielu znanych ludzi nauki, w tym tych, którzy są silnie zaangażowani w stworzenie coraz szerszej platformy współpracy między neuronauką a edukacją (przykładowo Kurt Fischer z Uniwersytetu Harvarda, który w ostrych słowach przestrzega przed „neuromitami” i różnymi przedsięwzięciami „bazującymi na wiedzy o mózgu” – w szczególności w odniesieniu do edukacji). 

Mając na uwadze powyższe przesłanki i obawy Komitet Neurobiologii PAN czuje się zobowiązany zasygnalizować, że jedna z doradczyń Pani Minister - dr Marzena Żylińska, wykorzystuje w sposób nierzetelny wiedzę neurobiologiczną do uwiarygodniania swojej działalności w dziedzinie edukacji, angażując przy tym autorytet Ministra Edukacji Narodowej jak również środki i infrastrukturę publiczną. Apelujemy do Pani Minister o podjęcie stosownych działań, które zapobiegną dalszemu wykorzystywaniu przez dr Marzenę Żylińską instytucji publicznych do rozpowszechniania poglądów i informacji niezgodnych z aktualnym stanem wiedzy w dziedzinie neuronauk. 

Źródło: strona Komitetu Neurobiologii Polskiej Akademii Nauk

http://www.kneurobiologii.pan.pl/images/stories/List%20do%20Minister%20Edukacji%20z%20opinia%20o%20ksiazce%20Neuroedukacja.pdf
 

 

A tu treść mojej asekuranckiej recenzji, opublikowanej w ubiegłym roku w Kwartalniku Pedagogicznym ("Kwartalnik Pedagogiczny" 4/2014)

Na jesieni ubiegłego roku na polskim rynku wydawniczym ukazała się nowa publikacja: Neurodydaktyka. Nauczanie i uczenie się przyjazne mózgowi autorstwa Marzeny Żylińskiej. To ważny moment dla współczesnej polskiej pedagogiki - wzmiankowana książka porusza bowiem problematykę nie opisaną dotychczas na taką skalę i w sposób usystematyzowany.
A zagadnienia poruszane w Neurodydaktyce są niezwykle ważne - wręcz kluczowe. Autorka podejmuje bowiem próbę wyjaśnienia czytelnikom istoty zależności pomiędzy działaniem układu nerwowego a uczeniem się. Przekaz zawarty w książce kierowany jest przede wszystkim do kadry pedagogicznej, zgodnie z mottem zaczerpniętym z twórczości Manfreda Spitzera: “Mózg ucznia to miejsce pracy nauczyciela”.

Praca ta pełna jest wartościowych i uniwersalnych wskazówek dla wszystkich nauczycieli, bez względu na wykładany przedmiot czy grupę wiekową podopiecznych. Znajdziemy tam odpowiedzi na pytania o motywację, wzbudzanie zainteresowania, aktywizację, wspomaganie głębokiego przetwarzania treści itd.

Autorka przeciwstawia system aktywnego nauczania-uczenia się, uwzględniającego najnowsze doniesienia neuropsychologii, tradycyjnemu i niezwykle popularnemu w większości systemów edukacyjnych na świecie modelowi “siedź i słuchaj”, nazywanego przez nią “ukrzesłowieniem”. To dobre określenie, biorąc pod uwagę stopień aktywności dziecięcego układu nerwowego podczas lekcji prowadzonych w tym nurcie. Słuch skupiony na słowach nauczyciela, wzrok utkwiony w tablicy, cała sylwetka zmuszona do bezruchu w trakcie 45 minut zajęć. Żylińska widzi zaś ucznia jako aktywnego badacza i głosi wyższość nauczania polisensorycznego, stymulującego głębokie przetwarzanie informacji, nad jednomodalnym modelem podającym, wymagającym jedynie słuchania i zapamiętywania. Odwołuje się przy tym do doskonale znanych psychologom faktów neurobiologicznych.

Ten mariaż trzech dziedzin: pedagogiki, psychologii i medycyny, z całą pewnością stanowić powinien podstawę przygotowania współczesnych nauczycieli. Wiedza o neurobiologicznym podłożu procesów emocjonalnych, uwagowych, pamięciowych etc. nigdy nie była równie łatwo dostępna. Dzięki rozwojowi technologii naukowcy są w stanie opisać i zrozumieć większość mechanizmów, związanych z nauczaniem-uczeniem się. W świetle tej wiedzy tym bardziej bulwersuje fakt, że większość studentów pedagogiki opuszcza uniwersytet nie otrzymawszy chociażby minimalnego przygotowania w tym zakresie. Programy nauczania większości wydziałów nadających uprawnienia pedagogiczne w zasadzie pozbawione są przedmiotów przygotowujących przyszłych nauczycieli do rzetelnego pełnienia tej jakże odpowiedzialnej roli. A przecież - powołując się ponownie na wypowiedź Spitzera - skoro mózg ucznia jest miejscem pracy pedagoga, to jak może osiągnąć skuteczność pedagog nie mający o miejscu swej pracy minimalnego choćby pojęcia?

Nie ulega wątpliwości, że ten stan rzeczy powinien jak najszybciej ulec zmianie. Dlatego publikacja Żylińskiej wydaje się znakomitym pomostem pomiędzy “starym” a “nowym” - Neurodydaktyka pomaga wprowadzić treści neuropsychologiczne do programów kształcenia wydziałów pedagogicznych, czyniąc to w sposób przystępny i zrozumiały dla studentów i wykładowców nie posiadających przygotowania medycznego.

Bardzo ważnym wątkiem publikacji jest także krytyka monotematycznego podziału w systemie lekcyjnym. Autorka przyjmuje udowodnioną już dawno przez neurobiologów tezę, że mózg uczy się poprzez skojarzenia - zarówno na poziomie semantycznym, jak i sensorycznym; zatem w ten właśnie sposób powinna być przekazywana wiedza. Tymczasem obowiązujący w polskiej oświacie podział przedmiotowy skutecznie te asocjacje utrudnia.

Celną argumentację wytacza Żylińska również przeciwko nauczaniu podającemu. Pedagodzy – rewolucjoniści, pragnący zmian na lepsze otrzymują do ręki rzeczowe argumenty, przemawiające za modyfikacją nie tylko podstawy programowej, ale wręcz całego systemu edukacji.
Warte uwagi postulaty zawarte są też w rozdziale Co edukacja może przejąć z medycyny. Pojawia się tam wątek nierozdzielności diagnozy (testowania) z kuracją (nauczaniem). Tak jak nierozłączne są one w procesie medycznym, tak też powinny współistnieć w pedagogice. Tymczasem nadal zdecydowanie zbyt często spotkać się można z kompletnym brakiem świadomości pedagogicznej w tym zakresie; polska (ale nie tylko) oświata zdaje się nadal tkwić w przekonaniu o całkowitej niezależności egzaminowania od całego procesu edukacyjnego. Tymczasem nie ma skutecznej kuracji bez trafnej diagnozy, zaś diagnoza bez kuracji jest jedynie stwierdzeniem stanu faktycznego. Dopóki systemy edukacyjne nie będą uwzględniać tego faktu, niemożliwe będzie uzyskanie spójności, konsekwencji i skuteczności w oświacie.

Zupełnie inną kwestią, niezwiązaną bezpośrednio z recenzowaną publikacją, jest dość powszechna w świecie nauki moda na nadawanie przedrostka neuro coraz to nowym obszarom wiedzy - często bez solidnego uzasadnienia ich wkładu w dyscyplinę podstawową, którą w tym wypadku stanowi neurobiologia. Oczywiście jest to całkowicie uzasadnione w przypadku badań czy rozważań teoretycznych, które faktycznie zwiększają ogólną pulę wiedzy w zakresie obu dyscyplin składowych - jak obserwujemy w przypadku neuropsychologii, która nieustannie przyczynia się do rozwoju nauki zarówno o funkcjonowaniu mózgu, jak i o procesach mentalnych. Jednak gdy nowopowstała dziedzina nie wnosi nic nowego do istniejącej już wiedzy o mózgu, czerpiąc z niej jedynie informacje użyteczne w praktycznym działaniu, zastosowanie przedrostka neuro wydaje się nieuzasadnionym zabiegiem, nie wykraczającym poza sferę nomenklatury.

Taki stan rzeczy obserwować można zarówno w przypadku neuropedagogiki jako potencjalnej nowej dyscypliny, jak i Neurodydaktyki Marzeny Żylińskiej. W publikacji, podejmującej temat tak rewolucyjny i pożądany, oczekiwać można nieco bardziej konkretnych informacji. Tymczasem czytelnik w trakcie lektury co chwilę napotyka mało konkretne i niewiele wnoszące sformułowania, takie jak "mózg lubi", "dla mózgu jest dobre", "z badań nad mózgiem wynika". Naturalnym odruchem jest oczywiście sięgnięcie do przypisów - jednak również tam brak informacji, rozszerzających te enigmatyczne ogólniki.
Zabrakło zatem pogłębionej refleksji na temat rzeczywistych relacji pomiędzy obiema dyscyplinami: neurologią i pedagogiką, oraz empirycznych dowodów na poparcie przytaczanych w pracy wniosków.
"Znak zapytania to jest coś, co najbardziej nas pociąga" - mówiła Żylińska podczas wykładu, wygłoszonego w marcu bieżącego roku na Wydziale Pedagogicznym UW, odnosząc się do poszukiwawczych tendencji naszych umysłów. I z pewnością miała całkowitą słuszność. Jednak jej książka zawiera aż zbyt wiele pytań, wątpliwości, niedopowiedzeń - momentami wątki sprawiają wrażenie niedokończonych, choć podjęty temat wymagałby znacznie głębszego opracowania. Dlatego po ukończeniu lektury dominującym odczuciem jest... niedosyt.

W książce na próżno szukać również propozycji konkretnych rozwiązań, na przykład odnoszących się do problemu wykorzystania polisensoryki dla zwiększenia efektywności procesu zapamiętywania. Inne przykłady wydają się być przytoczone wręcz na siłę, bez jakichkolwiek podstaw naukowych, jak rozdział dotyczący neuronów lustrzanych. W opisanym fragmencie autorka przekonuje, że utwór Tuwima "Spóźniony Słowik" to doskonały materiał do kształcenia umiejętności wcielania się w role i rozwijania empatii. Powołuje się przy tym na bliżej nieokreślone doniesienia o neuronach lustrzanych, jednak ponownie - bez odwołania do danych empirycznych. Tymczasem powiązanie to wydaje się raczej nieuprawnione. Z badań neurobiologów wynika, że główną funkcją tych struktur jest rozpoznawanie i odtwarzanie programów motorycznych, umożliwiające kopiowanie (naśladowanie) ruchów bądź odgadywanie intencji (Rizzolatti G., Luciano F., Gallese V., Fogassi, L., 1996).

Tego typu nieścisłości czy niedopowiedzenia oraz nieuprawnione ubieranie fundamentalnych tez pedagogicznych w nomenklaturę neuronauki wprowadza do publikacji odczucie chaosu. W Neurodydaktyce pojawia się zbyt wiele powielonych wątków, pytań i postulatów; przez całą książkę przewija się garść praktycznie takich samych - choć bez wątpienia niezwykle istotnych - myśli, poprzedzonych obszernym rozdziałem wprowadzającym w zagadnienia neurobiologii. Czytelnik oczekujący innowacyjnego spojrzenia i prawdziwej rewolucji w dyscyplinie otrzymuje tak naprawdę dotychczasową wiedzę, podaną w nieco inny sposób. Poszukuje nowej jakości, odnajduje zaś mieszankę informacji; nowatorską, ale wciąż jedynie mieszankę tego, co już odkryte. Tymczasem starannie dopracowane, konkretne propozycje zastosowania wiedzy neuropsychologicznej w praktyce pedagogicznej stanowiłyby niezwykle cenny oraz niedostępny nigdzie indziej, realny wkład w rozwój obu dyscyplin.

Niepokojące wydaje się również przytaczanie hipotez, co do których zostały już dawno sformułowane zarzuty szkodliwej pseudonaukowości. Mowa o rewolucyjnym, acz niepotwierdzonym empirycznie przekonaniu Michaela Waldmana o związkach pomiędzy występowaniem autyzmu a oglądaniem telewizji przez dotknięte tym zaburzeniem dzieci. Waldman - z wykształcenia ekonomista - na podstawie obserwacji swojego dwuletniego syna postawił hipotezę o wpływie tego medium na rozwój choroby. Aby tę hipotezę zweryfikować, ograniczył dziecku dostęp do telewizji; po sześciu miesiącach objawy zaczęły ustępować, aż w końcu autyzm został “wyleczony”. Ten daleko idący tok rozumowania doprowadził do szerzej zakrojonych analiz, których rezultatem było “odkrycie” korelacji pomiędzy liczbą wykrytych przypadków autyzmu a popularnością telewizji kablowej w Kalifornii (Waldman, Nicholson, Adilov, 2006). Wyniki te nie zostały opublikowane w żadnym z prestiżowych czasopism, nie zostały również potwierdzone przez innych. Nie trzeba chyba dodawać, jak naiwne, niezwykle uproszczone i nierzetelne podejście zostało zaprezentowane w tym przypadku. Wnioskowanie na podstawie korelacji wielokrotnie już zwodziło badaczy na manowce - zwłaszcza w przypadku obszaru tak wielopłaszczyznowego, niejednoznacznego i trudnego w interpretacji. Należy zatem postawić pytanie o słuszność powoływania się na niesprawdzone i pozbawione naukowych dowodów opinie w publikacji akademickiej, mającej pełnić funkcję edukacyjną.

Niemniej, Neurodydaktyka jest znakomitą lekturą pedagogiczną – jeśli jedynie w kategoriach pedagogicznych będziemy ją analizować. Stanowi doskonały punkt wyjścia do dyskusji nie tylko w społeczności akademickiej, ale również wśród praktyków, a także niesie ze sobą słuszne i ważne postulaty dotyczące motywacji, zaangażowania, procesu nauczania – uczenia się oraz relacji uczeń – nauczyciel, oraz wiele cennych spostrzeżeń i sugestii w zakresie efektywnej organizacji lekcji. Jest to co prawda zbyt mało, by mówić o rewolucji, innowacji czy wręcz nowej gałęzi neuronauki; książka Żylińskiej jest bowiem raczej zbiorem klasycznych tez współczesnej pedagogiki, okraszonych kilkoma podstawowymi faktami i nomenklaturą neuropsychologiczną. Jednak w obliczu niedostatku tego typu informacji w edukacji przyszłych pedagogów, niezwykle cieszy fakt wydania pracy wprowadzającej w tę tematykę.
Postulaty zawarte w Neurodydaktyce z całą pewnością powinny stać się elementem nie tylko refleksji, ale przede wszystkim - czynnej praktyki pedagogicznej.


Bibliografia wykorzystana w przytaczanej recenzji:

  • Spitzer, M. (2007) Jak uczy się mózg? Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa.
  • Rizzolatti, G., Fadiga, L., Gallese, V., Fogassi, L. (1995) Premotor cortex and the recognition of motor actions, Cognitive Brain Research, 3 (1996) 131-141.
  • Waldman, M., Nicholson S., Adilov,N. (2006) Does television cause autism? National Bureau of Economic Reasearch (NBER), working paper nr 12632.
  • Whitehouse, M. (2007) Is an economist qualified to solve puzzle of a utism? [online] Protokół dostępu: http://online.wsj.com/news/articles/SB117131554110006323 The Wall Street Journal, [10 kwietnia 2014].
  • Żylińska, M. (2013) Neurodydaktyka. Nauczanie i uczenie się przyjazne mózgowi. Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, Toruń.
comments powered by Disqus