Nie dajmy sobie odebrać porodu

Dawno nie pisałam, zamroziłam ten blog, odwiesiłam na kołek. Złożyło się na to kilka spraw - doktorat, rosnąca Zosia potrzebująca coraz więcej uwagi, sprawy zawodowe ale przede wszystkim brak jasnej wizji tego miejsca. Jak pisałam niecałe dwa (dwa! kiedy to zleciało?) lata temu, jeszcze w ciąży - nie chcę, by zamieniło się w blog parentingowy. Tymczasem większość tematów rozpalających moje serce, umysł i palce od dłuższego czasu krąży wokół porodu, karmienia piersią i rozwoju małych ludzi. W planie był kolejny blog, na który z kolei brak mi odwagi i czasu - więc wiszę tak sobie w niebycie, zawieszona pomiędzy starym i nowym. Jeśli jeszcze tu jesteście, musicie mi wybaczyć. Szukanie własnej drogi to niełatwa sprawa. 

Ale dzisiaj mnie ruszyło. Prawie wszystkie moje teksty - te, które coś dla mnie znaczą -  piszą się na wkurwie, przypadkiem, bez wcześniejszego planu. A że od kilku dni jestem mocno zaniepokojona - więc oto wracam. 

Moim wielkim marzeniem jest praca z rodzicami, zwłaszcza matkami. Jako psycholog, pedagog, mama, mam misję - wspierać w rodzicielstwie. Realizuję to częściowo prowadząc m.in. lokalną grupę dla chustujących rodziców, włączając się w akcje promujące karmienie piersią, w realizacji jest też kilka innych działań, o których napiszę Wam gdy będę gotowa. 
Pamiętacie tekst o porodzie? Napisałam wtedy:
"mam w sobie ogromne poczucie misji i potrzebę podzielenia się doświadczeniem porodu - dobrego porodu. Bo zewsząd docierają do nas rozmaite historie - przeważnie złe, traumatyczne, takie, których żadna kobieta przygotowująca się do roli matki nie powinna czytać. Chcę to odczarować - udowodnić, że poród może być pozytywnym, wzmacniającym przeżyciem. Takim, na które czeka się niecierpliwie, z utęsknieniem. Że nie rodzimy za karę, że to nie musi być wydarzenie, które trzeba "jakoś" przeżyć - że możemy je PRZEŻYĆ w pełni, w radości i poczuciu spełnienia.”

Nieustannie śledzę doniesienia, maniakalnie wręcz lajkuję na Facebooku wszelkie inicjatywy, mające na celu uczłowieczenie porodu. Staram się dawać wsparcie, pomagać dobrym słowem przyszły mamom, przestraszonym i niepewnym, karmionym mrożącymi krew w żyłach opowieściami ze szpitali. Z fascynacją czytam relacje - te pełne mocy, magiczne, choć czasem trudne - z porodów, podziwiając nie tylko siłę kobiet ale i mądrość, doświadczenie i wiedzę ich dobrych położnych. 

Marzę, by każdej kobiecie dane było przeżyć poród nie jako fizjologiczną konieczność wypchnięcia dziecka na świat - a jako doświadczenie graniczne, zmieniające, dające pokłady płynącej z natury siły koniecznej do pełnej przemiany w Matkę. Jakkolwiek hipisowsko by to nie brzmiało. 

Czytam książki o porodach - tych odbieranych i tych przyjmowanych. Znacie to rozróżnienie? Słowa niosą ogromną symbolikę, w ten sposób można rozpoznać dobrą położną - nie będzie chciała Wam "odebrać porodu", zamiast tego przyjmie Wasze dziecko na swoje doświadczone ręce. 
A to piekielnie ważna różnica - kobieta, której poród jest odbierany przestaje być podmiotem, zostaje uprzedmiotowiona, staje się obiektem procedur medycznych. Położna „odbierająca" poród nie pozwoli Ci przyjmować dogodnych pozycji, każe rodzić na leżąco, pokonywać dziecku drogę pod górkę, wbrew fizjologii. Nie zaufa naturze, a tym bardziej Twojemu ciału, bo jak można ufać pacjentce? Nie rozważy zaczekania na efektywne skurcze, bo po co czekać, skoro można podpiąć syntetyczną oksytocynę? Nie pozwoli zaspokoić głodu, pragnienia, potrzeby snu. Nie wesprze dobrym słowem, a postraszy cesarką. Zrobi masaż szyjki, przebije pęcherz płodowy, natnie bez zgody. Przecież przedmiotu nie pyta się o zdanie - jesteś pacjentką, leż grzecznie i pozwól medykom wykonywać swoją pracę. A po wszystkim przetnie pępowinę zanim ta przestanie tętnić, po chwili zabierze ci dziecko - przerażone, zmęczone, płaczące - na ważenie, mierzenie, kąpiel, dokarmi mieszanką lub glukozą, żeby spokojniejsze było. 

W ciąży nasłuchałam się, naczytałam o takich porodach. W książce Jeannette Kalyty, Sheili Kitzinger, Sylwii Szwed. Ale znalazłam w nich też nadzieję na dobry poród, dowody na dokonującą się zmianę. Sięgnęłam jeszcze po „Urodzić razem i naturalnie” Ireny Chołuj i „Poród naturalny” Iny May Gaskin. Na stronie gdzierodzic.info przeanalizowałam informacje o dostępnych w mojej okolicy szpitalach położniczych i aktualnych statystykach: cesarek, nacięć krocza, znieczuleń dolarganem. Wybrałam świętą Zofię, Dom Narodzin - czy nie żałuję przeczytać mogliście we wspomnianym już tekście "Jak Zofkę spóźnialską dwadzieścia godzin rodziłam"


Miałam wybór, bo mieszkam w stolicy, Żelazna jest renomowanym szpitalem, pracują tu świadome położne, mądrzy lekarze, którym nie trzeba tłumaczyć, dlaczego tak ważne jest dobre poprowadzenie porodu w taki sposób by nie stał się dla kobiety traumą. Ale są miejsca, gdzie wyboru nie ma a personel medyczny zatrzymał się mentalnie gdzieś w okolicy lat siedemdziesiątych-osiemdziesiątych. Jeśli chcecie poczytać w jakich warunkach przychodziło na świat nasze pokolenie, sięgnijcie po książkę Kalyty. Dreszcz przechodzi po kręgosłupie. A nadal są miejsca, gdzie zasady niewiele się od tamtych czasów zmieniły. Dlatego tak ważne są regulacje prawne, ściśle określające Standardy Opieki Okołoporodowej, o które - ponad podzialami politycznymi - walczyła fundacja Rodzić Po Ludzku. Żeby to wszystko, co ma służyć dobremu, bezpiecznemu porodowi - dowolność wybieranych pozycji, możliwość ruchu w pierwszym okresie porodu, ochronę krocza, konsultowanie wszelkich zabiegów medycznych, obecność osoby towarzyszącej (również douli!), opóźnione przecięcie pępowiny, dwugodzinny nieprzerwany kontakt skóra do skóry - stało się normą, obowiązującą i egzekwowaną na każdej porodówce. 

A potem dowiaduję się, że to co opracowano i wdrażano od 2007 roku może zostać przekreślone jedną bezmyślną zmianą w ustawie. Nowelizacja, która wejdzie w życie w 2018 pozbawia ministerstwo zdrowia możliwości odgórnego regulowania zasad panujących w szpitalu. Nowelizacja, która może nam ponownie odebrać poród.  

O, tutaj o tym przeczytacie: www.tygodnikpowszechny.pl/porod-odzyskany-na-krotko-146001

Ja wiem, człowieczeństwa nie da się nakazać ustawowo. Ale tam gdzie już ono panuje nie jest to konieczne. Za to w szpitalach, gdzie empatia i wiedza o psychologicznych mechanizmach porodu są obce, każda forma odgórnego wyegzekwowania praw pacjentki jest małym, ale cholernie ważnym krokiem w kierunku uczłowieczenia tego, tak przecież ważnego - o ile nie najważniejszego - w życiu kobiety doświadczenia. 

Kiedy myślę o tym wszystkim czuję lęk. Lęk, że w kolejnej ciąży - mimo podjętej już dawno decyzji o ponownym porodzie w Domu Narodzin - czynniki niezależne rzucą mnie do jakiegokolwiek innego szpitala, jak Elę i Janka z bloga EJ to my. A przecież lęk przed szpitalem to ostatnie, co powinna czuć matka planująca kolejne dzieci. 

Nie daj sobie odebrać porodu. Podpisz petycję: standardyzostaja.rodzicpoludzku.pl. 

 

 

Edit (14:20, 14.12.2016) Na stronie ministerstwa pojawił się komentarz do sytuacji www.mz.gov.pl/aktualnosci/standardy-opieki-okoloporodowej-nie-sa-zagrozone/ 

Nie powiem, żebym czuła się uspokojona - nie przekonuje mnie ta argumentacja, nadal uważam, że kiedy - a mamy na to niezbite dowody - środowisko medyczne nie jest w stanie zapewnić kobietom bezpieczeństwa fizycznego i psychicznego na każdej porodówce, nie może być mowy o oddaniu szpitalowi możliwości podejmowania decyzji o standardach postępowania i zawierzeniu tego, co najważniejsze czyjejś dobrej woli. Bo tej dobrej woli często niestety zwyczajnie brakuje. 

Podpisujemy więc dalej petycję do premier Beaty Szydło i robimy szum. Standardy muszą zostać!

comments powered by Disqus