Jak Zofkę Spóźnialską dwadzieścia godzin rodziłam

Długo zastanawiałam się, czy ten wpis powinien w ogóle się tu pojawić. To w końcu niesamowicie osobista, intymna sprawa. Nie do internetu. Z drugiej strony mam w sobie ogromne poczucie misji i potrzebę podzielenia się doświadczeniem porodu - dobrego porodu. Bo zewsząd docierają do nas rozmaite historie - przeważnie złe, traumatyczne, takie, których żadna kobieta przygotowująca się do roli matki nie powinna czytać. Chcę to odczarować - udowodnić, że poród może być pozytywnym, wzmacniającym przeżyciem. Takim, na które czeka się niecierpliwie, z utęsknieniem. Że nie rodzimy za karę, że to nie musi być wydarzenie, które trzeba "jakoś" przeżyć - że możemy je PRZEŻYĆ w pełni, w radości i poczuciu spełnienia. 

Nie będę wchodzić w szczegóły, pisać zbyt wiele o naszych emocjach, o duchowym wymiarze tego wydarzenia - bo to właśnie ten aspekt jest „najmojszy” i chcę go chronić. Opowiem Wam zatem, jak rodziłam moją Zofkę - ale nie obawiajcie się nadmiernego ekshibicjonizmu; to co najważniejsze na zawsze zostanie w offlajnie.  



Już zanim zaszłam w ciążę wiedziałam jak chcę rodzić. Miałam plan, wizję, marzenie i jakieś nie do końca wtedy jeszcze uzasadnione, ale z pewnością bardzo silne przeczucie tego, co będzie najlepsze dla mnie i dziecka. Szpital świętej Zofii, spokojna atmosfera Domu Narodzin; poród siłami natury, w godnych warunkach, bez pośpiechu, presji, tłumu lekarzy, krzyków i jasnych świateł; możliwie jak najmniejsza ilość niepotrzebnych ingerencji medycznych. Mąż przecinający pępowinę, mokre zawiniątko w moich ramionach, emocje nie do wyobrażenia.


Ciąża

Właściwie zaraz po pierwszym USG potwierdzającym ciążę zabrałam się za realizację planu. Szkoła rodzenia, wybór położnej, stosy literatury, historie szczęśliwych narodzin… Tak, byłam fantastycznie przygotowana.
Cała ciąża przebiegała wyjątkowo. Praktycznie zero dolegliwości, książkowe wyniki badań. Byłam aktywna: spacerowałam, podróżowałam, zapisałam się na jogę prenatalną. Obżerałam się owocami, warzywami i mnóstwem zdrowych rzeczy; nie z przymusu, przeciwnie - szczęśliwie mój organizm sam wiedział, o co się dopominać.
Miałam wszystko pod kontrolą. Wybrany szpital, spisany plan porodu, przygotowana wyprawka, spakowana torba. Litry herbaty z liści malin i dziesiątki kapsułek z olejem wiesiołka, by przygotować ciało do czekającego je wyzwania.


Oczekiwanie

Przyszedł 38 tydzień - ciąża donoszona. Nadal pracowałam, i to dość intensywnie: dwie firmy - własna i męża, dodatkowo jakieś tam resztki spraw uczelnianych. Pełne obroty, nie spodziewałam się zatem, że Zofka doczeka do 40 tygodnia. Brzuch wielki, dziecko doskonale rozwinięte: błogosławieństwo położnej: "jesteście gotowe, możesz rodzić”. Ale 38 tydzień minął. Kolejne dni przynosiły tylko coraz bardziej irytujące telefony od rodziny. "Jak się czujesz? Czy już? No kiedy? Dzieje się coś?"

I nic.

Ostatnia randka z mężem - bo przecież termin już w kolejny weekend. W każdej chwili coś może zacząć się dziać.

I... nic.

Kolejna randka z mężem. Ostatni spacer, ostatni wypad do lodziarni, ostatnia wycieczka za miasto.

I nic.

Kolejne „ostatnie” spacery, wypady, wycieczki. I nadal nic.

Brzuch coraz niżej, coraz większy (czy to w ogóle możliwe?!), coraz cięższy, ale nadal cisza. Termin coraz bliżej, ten pierwszy - wyznaczony z pierwszego USG, 18 października - już w sobotę. Ale wcześniej - pełnia księżyca. Podczas pełni rodzi się najwięcej najwięcej dzieci, może więc teraz?

…no nic.

Sama urodziłam się co do dnia zgodnie z terminem, więc moja córka pewnie też taka punktualna. Czekamy więc na niedzielę. W niedzielę wybory parlamentarne - byle tylko zdążyć zagłosować i mogę rodzić!

Ale nadal nic.

Dzień po terminie. Zgłaszam się na kontrolne KTG do przychodni. Równiutki, płaściutki zapis czynności skurczowej, macica leniwa i spokojna - nie zapowiada się rychły poród. Umawiam się z lekarzem na pojutrze. „Mam nadzieję, że już pani nie wróci” - mówi.
Jednak wracam. Wracam też po kolejnych dwóch dniach. Lekarz ma przeczucie, że w niedzielę to już na pewno.

Ale nie.

Tydzień po terminie zaczynam już poważnie się niepokoić. Nie żeby coś złego się działo - badania nadal idealne. Ale każdy dzień oczekiwania to coraz mniejsza szansa na poród w Domu Narodzin i na Żelaznej w ogóle. Coraz większe ryzyko nadprogramowych interwencji medycznych: indukcji porodu, oddziału patologii ciąży, kroplówki z oksytocyną, których za wszelką cenę chciałam uniknąć.

Coraz większy stres, coraz większa frustracja po każdym telefonie od bliskich („-już? -jeszcze nie!!!”) i irytacja gdy obcy ludzie na ulicy pytają, który miesiąc („dziesiąty, kurwa…”). Łzy i bezsilność - chociaż przecież wiem, że to nic złego, tylko 5% dzieci rodzi się w terminie.

26 października zgłaszam się planowo na izbę przyjęć w szpitalu na kolejne KTG i bardziej szczegółowe badania. Wszystko w idealnym porządku - poza upartą macicą, która za nic w świecie nie chce się kurczyć. Następne dni to jakiś cholerny dzień świstaka - pobudka, wycieczka do Kampinosu na pięciokilometrowy spacer (znacie zasadę 5S na przyspieszenie porodu? Spacery-Sprzątanie-wchodzenie po Schodach-drażnienie Sutków-Seks), potem izba przyjęć, KTG, USG. I nic.
Zofka ma się znakomicie, dobra ilość wód, tętno, przepływy - tylko ten nieszczęsny kalendarz jest naszym wrogiem.

Wreszcie czwartek, 29 października. 41 i pół tygodnia ciąży. Aby urodzić bez indukcji zostały mi teoretycznie jakieś 3 dni, choć wielu lekarzy już od tygodnia sugerowałoby oksytocynę. Wczesnym popołudniem wychodzę z izby przyjęć ze skierowaniem na oddział patologii ciąży. Już nie da się nic odroczyć, takie są procedury dla bezpieczeństwa dziecka. W świętej Zofii na oddziale brak miejsc, więc mam od razu jechać na Inflancką. Dupa, dupa, dupa, myślę. Wszystko stracone - cały misterny plan magicznego, naturalnego porodu poszedł się bujać, bo moja uparta córka zasiedziała się w brzuchu.

Przyjeżdża po mnie Adam, po drodze jeszcze uczelnia, dopinam ostatnie formalności przed urlopem. Wdrapuję się na pierwsze piętro (Schody!), mając nadzieję na cud. Cud się nie zdarza, zostawiam więc dokumenty i wracam do domu - dopakować walizkę, zjeść kolację i zameldować się na Inflanckiej.

Wchodzę do mieszkania, czuję skurcz. Znowu przepowiadający - mam przecież takie od tygodnia. Nie bolą, nie zapisują się na KTG, nie zwiastują porodu. Zwykle przechodzą same po godzinie lub ciepłej kąpieli.
Ale tym razem kąpiel nie pomaga. Mija godzina, dwie, a cholerne przepowiadacze nie chcą ustąpić. Irytujące, bo ileż można się męczyć? Adam dyskretnie wyciąga telefon, zaczyna mierzyć odstępy. Po dwóch-trzech kwadransach okazuje się, że „cholerne przepowiadacze” lecą co 5 minut, jak w zegarku. Adam zaczyna się lekko denerwować, ja jeszcze nie wierzę. Pojadę znowu na Żelazną i mnie wyśmieją? Jemy więc kolację, ładuję ajfona, poprawiam makijaż. Mam czas, a nuż znowu przejdą?
Ale nie przechodzą.
W samochodzie ustalamy, że jedziemy na „nocną wycieczkę w miasto”. Nie chcemy się nastawiać - już wystarczająco wiele razy myślałam, że to „już-już-zaraz”, po co więc się denerwować? Pogodziłam się już z wizją Inflanckiej, oddziału patologii ciąży i indukcji.   
Jedziemy więc na tę “wycieczkę" z walizką w bagażniku, a "po drodze” wstąpimy na izbę przyjęć.
Na Żelaznej cisza, spokój, zaledwie kilka pacjentek w poczekalni. Podpinają mnie pod KTG i… jest! Wykres skacze. Malutko, ale jednak! Leżę, mijają kolejne minuty. Kątem oka zerkam na zapis, nie obiecując sobie absolutnie niczego - ciągle nie chcę robić sobie nadziei. Ale każda kolejna górka na wykresie jest wyższa, a każdy kolejny skurcz coraz mniej przyjemny. Koniec zapisu, czekam jeszcze na badanie. Nadal nie wiem na czym stoję. Właśnie - stoję, bo na siedząco skurcze coraz trudniejsze do wytrzymania. Wreszcie moja kolej. Werdykt: rodzę! Ale… nie w Domu Narodzin. Bo w zasadzie już za długo po terminie, na granicy normy i patologii. No szlag by to! Negocjuję - wiem, że stan zarówno mój jak i Zośki jest bardzo dobry, nic złego się nie dzieje. Mam przeczucie, poparte oczywiście wynikami badań. Walczę o wymarzony poród. Chwila namysłu, konsultacja z ordynatorem i… jest zgoda!

Poród

Koło 23:00 trafiam do sali Rzym. Marzyłam o Londynie, ale nie jestem wybredna ;) zwłaszcza, ze skurcze przyspieszają i staja się już uciążliwe.
„Rzym” okazuje się idealnym miejscem do spokojnego, naturalnego porodu. Wygodne łóżko, pościel, fotel dla taty, piłka, drabinki, worki sako, duża łazienka z prysznicem i to, na czym zależało mi najbardziej - wielka wanna. Wchodzę do niej praktycznie od razu - położna sugeruje co prawda bym spróbowała się jeszcze zdrzemnąć, ale… jak tu spać gdy poziom ekscytacji nie pozwala nawet logicznie myśleć? Jeszcze nie wiem, jak bardzo będę później żałować tej niewykorzystanej szansy.

Kolejne godziny spędzam więc w wodzie. Adam dzielnie wspiera, trzyma za rękę, przynosi napoje i karmi. W przerwach przysypia na podłodze pod wanną.

Światło jest przygaszone, mamy do dyspozycji magnetofon i świece. Położna pojawia się dokładnie wtedy kiedy jest potrzebna - sprawdza tętno Zosi, nie męczy mnie zbędnymi badaniami. Czuję się bezpieczna i zaopiekowana a jednocześnie mam poczucie siły - wiem, że mogę urodzić sama, że jestem do tego stworzona, że poród nie jest ciężkim zabiegiem medycznym tylko w pełni naturalnym etapem życia. To nasz moment, nasza chwila. Robimy to razem: Ja, Adam i Zosia. Jesteśmy głównymi bohaterami tego dnia - nie przedmiotem procedur medycznych wykonywanych przez zespół lekarzy, położnych i pielęgniarek. To daje niesamowitą, niemal pierwotną moc. Wszystko jest tak jak powinno.

Skurcze są mocne, bolesne, praktycznie nieustanne ale… nieefektywne - rozwarcie nie postępuje. Jestem zmęczona, bardzo zmęczona. Przysypiam między skurczami- na kilkanaście, kilkadziesiąt sekund. Tracę poczucie czasu i przeżywam szok, gdy pani Magda przychodzi się pożegnać- jest piątkowy poranek, koniec zmiany. Jesteśmy tu już osiem godzin! Przejmuje nas położna Łucja. Kolejne godziny pamiętam jak przez mgłę. Spędzam je na zmianę w wodzie, przy drabinkach i na piłce, walcząc o każdy centymetr rozwarcia. Mąż pomaga: karmi, poi, podtrzymuje gdy próbuję chodzić, przykłada do kręgosłupa gorące woreczki z pestkami wiśni.

I wreszcie przed 18 decyzja położnej: przemy! Nie czuję bóli partych, ale naprawdę chcę już urodzić. Jest ciężko, cholernie ciężko. Jestem potwornie zmęczona, śpiąca, wyczerpana nieustannymi, piekielnie bolesnymi skurczami krzyżowymi. Więc znajduję w sobie jakieś zapomniane zapasy energii i rodzę. Przy drabinkach, w pozycji kucznej - wykorzystujemy siłę grawitacji. Położna Łucja prowadzi mnie przez cały czas, mówi kiedy przeć a kiedy się zatrzymać. Niewiele do mnie dociera, ale jakimś cudem udaje mi się robić co trzeba. Krzyczę, potwornie krzyczę - i to jest dobre, pierwotne, dzikie i dające dodatkowego kopa. Po dwudziestu, może trzydziestu minutach rodzi się Zosia. Nie krzyczy, nie płacze - jest spokojna, malutka, mokra i ciepła. Adam pomaga mi położyć się na łóżku i zaraz dostaję małą do przytulenia. Jestem półprzytomna, ale niesamowicie szczęśliwa. Nie do końca jeszcze zdaję sobie sprawę, że to już - że zrobiłam to, dałam radę! Sprowadziłam Zosię bezpiecznie na świat. Dziewięć miesięcy temu daliśmy jej życie, udało mi się bezpiecznie ją donosić aż do tego najważniejszego dnia. Nic nie może się równać z tym uczuciem!

Jest piątek, 18:20, 30 października 2015 roku. Zofia Teresa Czajkowska wylądowała! :)



Epilog

Kilka dni temu Zosia skończyła 2 miesiące a ja nadal sięgam do tych wspomnień. To największa, najważniejsza i najtrudniejsza rzecz, jaką w życiu zrobiłam. W trudnych chwilach przypominam sobie o sile, którą wtedy poczułam i wiem, ze cokolwiek by się nie działo - dam radę. Lekarz z osiedlowej przychodni powiedział mi niedawno, ze powinnam była zostać skierowana na cesarskie ciecie po pierwszych dwóch godzinach nieefektywnych skurczów, bo po co się tak męczyć. Uśmiechnęłam się tylko i wyszłam. Co on tam wie! :)

Jestem niesamowicie wdzięczna wszystkim położnym pracującym w szpitalu świętej Zofii. Począwszy od Magdy Kukulskiej, która prowadziła moją ciążę od początku i Kasi Grzybowskiej, której Magda "przekazała” mnie gdy poszła na zwolnienie. Dostałam od nich niesamowite wsparcie i poczucie własnej kompetencji - z każdej wizyty wychodziłam podbudowana, uspokojona i przekonana, że dam radę, że jestem znakomicie przygotowana do porodu i że będzie to niezwykłe doświadczenie. Ale nie zrobiłabym tego oczywiście bez położnych dyżurujących w Domu Narodzin 29 i 30 października - Magdy (nie pamiętam nazwiska) i przecudownej Łucji Talmy, która poprowadziła mnie przez najważniejszą fazę porodu tak umiejętnie, że następnego dnia świeża i radosna śmigałam po szpitalu :)
Myślę, że to im wszystkim zawdzięczam tak dobre doświadczenia porodowe. Jestem przekonana, że bez wsparcia tych niezwykłych kobiet moje wspomnienia byłyby kompletnie inne. Dwadzieścia godzin nieustannego, rozrywającego bólu bez znieczulenia? Zrobiłam to! I zrobiłabym bez wahania jeszcze raz!

 

 

Wiecie, mam taką misję. Zbyt wiele przeczytałam w internecie niedobrych historii porodowych. Dlatego dzielę się tym doświadczeniem. I mam do Was prośbę: jeśli ta notka również w Was obudzi pozytywne emocje, kliknijcie "Lubię to" i "Udostępnij", przekażcie ją dalej - niech trafi do innych kobiet. Spróbujmy odczarować poród!

 

comments powered by Disqus