Pierwsza notka powinna być uroczysta...
Ale nie będzie. Świadoma swojej skłonności do przesady i patosu - lepiej będzie gdy ugryzę się w język. Więc zwięźle i do rzeczy.

To nie jest mój pierwszy blog. I pewnie nie ostatni.

Do tematu podchodziłam już ze dwa razy, przy każdym tracąc zapał i motywację. O ironio, początkowo blog miał służyć przede wszystkim… motywowaniu. Taki był plan: w zeszłym roku wpadłam w sidła prokrastynacji i oklapłam na laurach; ustatkowałam się, wyszłam za mąż, skończyłam studia i jakoś tak błogo mi się zrobiło, tak wygodnie, tak się rozsiadłam w tym moim nowym życiu, że... straciłam cały rozpęd. W pierwszym odruchu miałam zamiar zrobić z bloga miejsce publicznej spowiedzi naukowo - zawodowej. Taki pręgierz, pod którym będę rozliczać się co jakiś czas z nowych postanowień i ich realizacji. Nauka języka? Proszę bardzo, opowiem Wam jak mi idzie. Szlifowanie niewygodnej cechy charakteru? Świetnie, im więcej publiczności tym lepiej - będzie większy wstyd gdy się poddam. I tak dalej. Motywacja, wyznaczanie planów, realizacja postanowień.

Amerykańscy naukowcy dowiedli, że publiczne oświadczenie o planach i konieczność zdawania raportów z ich realizacji zwiększa szansę powodzenia o niemal 40%. Wiedziona wizją rychłego sukcesu wszelkich poczynionych działań, postanowiłam więc wykorzystać do tego celu bloga i Was.

Ale! Kiedy usiadłam nad plikiem z architekturą strony, zmuszona do przemyślenia struktury, tematyki i estetyki bloga bardzo szybko okazało się, że do powiedzenia mam znacznie więcej. Że w zasadzie to fajnie byłoby też podzielić się wiedzą, doświadczeniem, spostrzeżeniami, podrzucić jakiś fajny pomysł, inspirację itd. W ten sposób tamatyka bloga rozrosła się jak marchew pod Czarnobylem. Nie chcąc z niczego rezygnować, zostawiam więc jak jest.

Znajdziecie tu więc trochę marudzenia, trochę zachwytów, trochę trzeźwych analiz, trochę pseudofilozoficznych wywodów. Będzie i o kuchni, i o domu, i o marketingu, i o psychologii, i o neuronaukach, i o startupach, i o edukacji, i o książkach, i o fotografii, i o filmach. Takie blogowe ADHD; miszmasz, z którego się składam

Dlaczego "Nie marudź"? Bo marudzę. A przynajmniej tak mawia mój mąż rozbawiony słowotokiem, którym go czasem zalewam. Za dużo myślę, za dużo pytam, za dużo mówię. Wyrzucam z siebie to, co mi leży; kontestuję rzeczywistość. Że świat nie do końca taki, jak bym chciała. Że ten projekt to ja bym inaczej. Że co ci ludzie w ogóle. Że niby dlaczego to tak. Że ja się nie godzę na zastany układ rzeczywistości. Że źle, że niedobrze, że ja wiem jak to zrobić lepiej. Więc czasem to mężowe "nie marudź" jest jedyną zdroworozsądkową reakcją, tak po prostu. A ja przecież lubię marudzić! Nie chcę ograniczać się do marudzenia mężowi, matce, przyjaciółkom i Bogu ducha winnym znajomych na fejsbuku. Więc od dzisiaj będę marudzić też tutaj, ostrzegam lojalnie. Sami tu przyszliście - i mam nadzieję, że zostaniecie! :)

Zapraszam więc na cotygododniowe (oby!) sesje nie-marudzenia. 
Anna Karcz-Czajkowska
comments powered by Disqus