Zima w Bieszczadach
To będzie opowieść o tym, jak sprzedaliśmy nasze warszawskie mieszkanie i przenieśliśmy się w Bieszczady…

…nie no, żartuję, jeszcze nie. Ale cholera, kusi, o jak kusi!
Prawdą jest, że to właśnie w Bieszczadach spędziliśmy najlepszego sylwestra w życiu.
Wyjechaliśmy niejako w odruchu ucieczkowym, w tym roku nie miałam siły na żadne imprezy - ani organizowanie, ani uczestniczenie. Szukaliśmy spokoju, ciszy, po całym tym szalonym roku musieliśmy złapać trochę oddechu przed kolejną wariacką gonitwą. A gdzie indziej mogliśmy uciec od cywilizacji, jak nie w Bieszczady?
Byliśmy tu już wcześniej. W sumie to w Bieszczadach zdarzyło się kilka ważnych dla mnie rzeczy. Przed zaręczynami wtedy-jeszcze-niemąż wpadł na taki radosny zamysł, żeby mnie zwabić w dzicz i usidlić. Skutecznie, nie powiem - półtora roku później musiałam już wymieniać dokumenty…

Tym razem plan był prosty - zero spiny. Rezerwujemy nocleg, przyjeżdżamy i zapadamy w sen zimowy. Po odespaniu całorocznego stresu możemy wreszcie wyleźć w góry, ewentualnie.
Oczywiście plany sobie, a życie sobie - pierwsza niespodzianka czekała nas kilometr od pensjonatu. Bo musicie wiedzieć - jeśli jeszcze nie wiecie - że góry zimą to nie przelewki. A góry zimą dla samochodu z dużym, ciężkim silnikiem  ("184 konie i wysoki moment obrotowy!" -dokrzykuje z końca domu mąż <3) i napędem na tył to już  w ogóle masakra. Bo do pensjonatu trzeba było podjechać kilkaset metrów pod górkę. Dużą górkę. Tak dużą, że kiedy nazajutrz rano wybraliśmy się tam na spacer, dłuższą chwilę zajęło nam podziwianie ułańskiej fantazji, która - niechybnie odebrawszy uprzednio rozum - kazała nam podjechać tam samochodem poprzedniej nocy. A przynajmniej spróbować. Bo właśnie, tej nocy podjechawszy pierwsze 50 metrów samochód odmówił współpracy, zatrzymał się, przekręcił o 90 stopni i wylądował w rowie. Rozpaczliwy telefon do przesympatycznego gospodarza naszego, nieocenionego Marcina Grzecha, chwila oczekiwania i heeeeeej! hooooo! wypychamy! Wypchnęliśmy, zjechaliśmy do punktu zero i… takiego wała. Na nic zdały się próby, instrukcje, spuszczanie powietrza z kół (sztuczka taka, żeby się nie ślizgały, ha!) - finalnie autko zacumowało u podnóża górki (i tam już zostało - do końca urlopu dymaliśmy w górę i w dół na nóżkach, co za żal...).

Zresztą słusznie, jak miało się okazać już następnego dnia. O, taka sytuacja:  schodzę sobie pokornie (na nóżkach) z naszej górki do męża (wstał wcześniej żeby odśnieżyć i rozgrzać auto przed wycieczką, kocham tak bardzo! <3), gdy wtem! przemyka koło mnie błyszcząca nówka-terenówka. Niezłym rozpędem (bo z górki, stromej bardzo przecież), drifcik na zakrętach, myślę sobie: niezły kozak, w takich warunkach… Wtem! łup, pach, grzmot, auto bokiem w rowie, tylne koła w powietrzu, słowem - groza. Zbiegam, patrzę, Adam już na miejscu ocenia powagę sytuacji. Wszyscy cali, tylko niewyraźni trochę. Wyrzuciło ich na zakręcie, bo pod cienką warstwą śniegu - lodowisko. Auto oczywiście wróciło na lawecie do Warszawy ale zanim nadjechała pomoc drogowa okazało się, że… pasażerką terenówki była nasza dawna klientka, zresztą nawet ucieszona obecnością znajomej twarzy w takiej chwili. Mały jest świat.

Samochodów w rowach, utkniętych na podjazdach, unieruchomionych na poboczu spotkaliśmy później jeszcze wiele. Zimą w górach nie ma żartów i nie pomogą łańcuchy na oponach ani napęd na cztery koła. Żywioł domaga się pokory. Dlatego po tych przygodach nawet nie myśleliśmy o choćby w połowie tak ryzykownych manewrach.

Z ciekawszych atrakcji: udało nam się dojechać nad Solinę, tym razem wolną od tłumu turystów. W sezonie letnim okolice zapory stają się turystycznym centrum wypoczynkowym regionu. Zimą wreszcie mogliśmy nacieszyć się widokiem zalewu i przespacerować szczytem tamy. Było pioruńsko zimno, ale grillowane oscypki (z żurawiną, boczkiem i cebulką, nomnomnom <3) rozgrzały i wróciły nam siły. Po drodze wzięliśmy nawet kilku autostopowiczów, którzy jednak okazali się małomównymi bucami... 
Zaliczyliśmy też Bazę ludzi z mgły, tradycyjnie już Siekierezadę i kilka innych ulubionych knajpek. Nażarłam się żuru i mięsa. Narobiłam 30 giga zdjęć i filmów. Przeczytałam sześć (!) książek. Oberwałam pigułą z milion razy i ulepiłam bałwana.

I wreszcie sylwester. Najlepszy EVER!

Dzień zaczęliśmy porannym wejściem na Połoninę Wetlińską. Warunki były niezwykłe, niepowtarzalne, fenomenalne wręcz - pierwszy raz od dawna można było obserwować pasmo Tatr!
A i samo podejście bajkowe - świeży puch iskrzący się na drzewach, perfekcyjny, głęboki błękit nieba i słońce oświetlające góry. Idealne warunki do zdjęć - choć i trudne, zwłaszcza na samej połoninie. Mróz (-20) i silny wiatr nie pozwalają rozleniwić się na górze.
Oraz - klasyka po prostu - w połowie wyprawy padł mi aparat, najpierw bateria z zimna (ha, miałam zapasową), potem lustro się odkleiło. Wada fabryczna w specyficznych warunkach, kurza jego mać.
(Gdyby i Wam trafiła się taka atrakcja z Canonem, biegnijcie od razu do serwisu - wymieniają lustro z mocowaniem niemal od ręki i za darmo, w ramach naprawy wady ukrytej.)

Po zachodzie słońca wracamy do bazy. W Grzechowisku rozpalają ogień, co oznacza jedno. Góralska impreza!
Siedzimy przy ogniu do drugiej, trzeciej, choć mróz coraz większy - ponoć słupek rtęci spadł tej nocy poniżej 25 stopni na minusie! U nas jednak nie czuć tego zupełnie. Rozgrzewa nas ogień, gitara i dyskusje. Chociaż nalewka porzeczkowa gospodarzy pewnie też ma z tym coś wspólnego… I tak siedzieliśmy, śpiewaliśmy, gawędziliśmy z mieszkańcami Grzechowiska, Chaty Wędrowca i kilku innych okolicznych domostw. Za plecami góry, ogień grzeje ręce a pieśń serca. Bajka! 

Nazajutrz nawet zmęczenie nie dokucza zbyt mocno. Rześkie powietrze i kwaśnica w barze u pani Irenki naprawiają nam głowy. Po południu jesteśmy jak nowi.
Reszta urlopu mija nam na beztroskim snuciu się po górach, jedzeniu dużych ilości wszystkiego, jeżdżeniu (głównie dupą) po śniegu i chodzeniu spać zaraz po zmroku.

Ostatni rok był dla nas intensywny podróżniczo. Zjechaliśmy pół (no, to mniejsze pół) Europy ale nigdzie, nigdzie! nie było tak pięknie, tak dobrze, tak naszo jak w Bieszczadach.
I wygląda na to, że wreszcie znaleźliśmy tu swoje miejsce, dobrych ludzi i ciepły kąt, do którego będziemy wracać.

IMG_1002IMG_9223IMG_9156 1IMG_9261IMG_9166 1IMG_9253IMG_9286IMG_9239IMG_9378IMG_9391IMG_9223 2IMG_9387IMG_9406IMG_9414IMG_9398
IMG_9478IMG_9397IMG_9418
IMG_9441IMG_9420IMG_9472IMG_9458IMG_9512
IMG_0978IMG_1059IMG_1047IMG_1034IMG_1031IMG_3466IMG_1094IMG_1106IMG_3485IMG_0974IMG_3625IMG_3424IMG_3610IMG_3686IMG_3654IMG_3655IMG_3656IMG_3692IMG_3711IMG_3696IMG_3770IMG_3695IMG_3759IMG_3724IMG_3863IMG_9065IMG_3778IMG_3817IMG_9551IMG_9557IMG_9559IMG_9554IMG_9509IMG_9528IMG_9501IMG_9525IMG_9068IMG_9113IMG_9067IMG_9121IMG_9106IMG_9118IMG_9160IMG_9162IMG_9126IMG_9173 1
IMG_9221 2
IMG_9156 1IMG_9171IMG_9191 1IMG_9202 1IMG_9177 1IMG_9166 1IMG_9219IMG_9234IMG_9254IMG_9261IMG_9299IMG_9391IMG_9378IMG_9394IMG_9387IMG_9420IMG_9419IMG_9460IMG_9458
comments powered by Disqus